wtorek, 25 grudnia 2012
"Łódź, k**wa"
W tymże mieście odbył się zlot miłośników logo kapusty. W teorii miało mnie tam nie być, jako że Dafne wciąż chora, ale jednak dość spontanicznie dałem się wyciągnąć. I nie żałuję, wybawiłem się tam, poznałem fajnych ludzi, ogólnie - było bardzo pozytywnie. Ale samo miasto też bardzo mi się spodobało. W sumie sam nie wiem, czemu, ale polubiłem je jak cholera. Może dlatego, że jest tam masa naprawdę dobrych dróg? A może dlatego, że dość tanie paliwo tam jest? Może też mnie przekonał Port - genialnie urządzony na święta, żałowałem, że nie wziąłem ze sobą kliszaka. Nie wiem, ale pewnie wszystko po części. A jako, że w Poznaniu kotwicy nie mam (ba, są osoby, które wręcz radzą mi wyprowadzkę), to całkiem możliwe, że za jakiś czas się przeniosę. Najpierw jednak muszę wszystkie za i przeciw rozważyć, potem ogarnąć kilka rzeczy. Ale póki co - wszystko wskazuje na przenosiny...
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Jeden wers, tysiąc myśli
Natrafiłem na jednym z blogów na zastanawiający mnie wers, odwołujący się do wydarzeń sprzed roku. Po przywołaniu pamięci nie potrafiłem jednak go jakoś szczególnie "przypisać", do jakiegokolwiek zdarzenia, z tamtego dnia. Oczywiście, zakładając, ze poprawnie odgadłem datę. Jednakże nie do końca to mnie zastanawia. Bardziej myślę o tym, dlaczego ten wers powstał. W moim mniemaniu - raczej nic takiego się nie wydarzyło, co odpowiadałoby znaczeniu tego wersu. Wszystko działo się tak, jak było wcześniej zapowiedziane. Dlaczego się tak tego uczepiłem? Bo wiem, czyje to słowa. I wiem, że są kierowane do mnie. Ale ciągle nie wiem - po co? Przecież łatwiej i lepiej byłoby po prostu prywatnie napisać. Ale mamy wers, który może mieć multum znaczeń. Może tez nie mieć żadnego. To wie tylko ta osoba...
czwartek, 13 grudnia 2012
Bug - ociec
Religie katolicką znają chyba wszyscy - wszak jest najpopularniejsza na świecie, ale to Polacy są najbardziej katoliccy. Zakładam więc, że Ty, Czytelniku znasz podstawowe dogmaty, takie jak cuda, niepokalane poczęcie, czy zmartwychwstanie. Ale przede wszystkim - że Bóg jest ojcem nas wszystkich, jak i Jezusa. Miłosierny, wszystko wybaczy itp. Ale spójrzmy pod innym kątem. Fizycznym. Bóg, jako taki tatuś, jak każdy inny. Po pierwsze - dziecka nie urodziła mu jego żona, a (jak sama zainteresowana określiła) - "służebnica". Po drugie - Bóg wiedząc, że Maryja jest w ciąży, kazał jej wyp**ć z miasta. Po trzecie - nijak nie pomagał w utrzymywaniu Jezusa, nie on zapewniał mu zaspokojenie podstawowych potrzeb, czysto fizjologicznych. Po czwarte - ponieważ nic nie wiemy o dzieciństwie Jezusa, śmiem domniemywać, iż przez te lata Tatuś w ogóle się do niego nie odzywał - inaczej byłby ten fakt opisany w Biblii. Po piąte - nie zrobił NIC, aby Jezusa nie ukrzyżowano. Ba - sam zainteresowany stwierdził, że go Bóg opuścił. Wszystko to sprowadza się do tego, że raczej marny z Boga ojciec - mimo to, katolicy są zdania, że On dba o swoje dzieci jak nikt inny nie jest w stanie.
Co do wyp**nia z miasta - skoro Bóg jest wszechmogący, czemu nie zapobiegł rzezi wała winnych niemowlaków? Nie chciał? Nie potrafił? A może był jakiś inny powód?
I żeby nie było - to NIE JEST atak na wierzących. Chcesz - to wierz. Ja tylko przedstawiłem swoje przemyślenia.
Co do wyp**nia z miasta - skoro Bóg jest wszechmogący, czemu nie zapobiegł rzezi wała winnych niemowlaków? Nie chciał? Nie potrafił? A może był jakiś inny powód?
I żeby nie było - to NIE JEST atak na wierzących. Chcesz - to wierz. Ja tylko przedstawiłem swoje przemyślenia.
wtorek, 4 grudnia 2012
Spadł śnieg...
Zrobiło się biało. Nastał czas odśnieżania samochodów, chodników, dróg i wszystkiego, co odśnieżyć trzeba. Są tacy, którzy się z tego faktu cieszą, ale ja się do nich nie zaliczam. Nie lubię zimy, śniegu i mrozu. Z jednej strony fajnie, bo pusty parking + sprawny ręczny i można poszaleć. Gorzej, gdy ktoś przeceni swoje umiejętności na drodze i ni z gruchy, ni pietruchy bagażnik postanowi nas wyprzedzić, a my, jako kierowcy nie potrafimy tego uniemożliwić. Ale wiecie, co zauważyłem? Pomimo, że mamy grudzień, zima powinna hulać od jakiegoś pół miesiąca, tradycja pt "zima zaskoczyła kierowców" nadal jest podtrzymywana. Nikt nie jedzie szybciej, niz 30 km/h. Z jednej strony to dobrze - wiedza, że warunki trudniejsze, więc nie ryzykują. Z drugiej - gdzie byli przez te pół miesiąca? Spokojnie mieli czas zmienić opony. Ale po co, jak śniegu nie ma? No - teraz jest. A to spowoduje gigantyczne jak mada faka kolejki na wulkanizacjach. Ale jak już kiedyś pisałem - zima odróżnia kierowców od tych, co mają prawo jazdy. A dlaczego? Gdyż kierowca pojedzie w każdych warunkach, samochodem w dowolnym, aczkolwiek jezdnym stanie. Reszta się po prostu boi jeździć.
Niedługo zresztą sam się sprawdzę. Na weekend planuję wybrać się po Dafne, czyli jakieś 400 km do przejechania na letnich oponach. Wiadomo, że będę jechał inaczej - ale nie mam zamiaru tworzyć za sobą korka.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie lubię zimy. A właściwie pewnego okresu w niej. Ale śnieg niestety mi się z tym czasem kojarzy. Oby to się jak najszybciej skończyło...
Niedługo zresztą sam się sprawdzę. Na weekend planuję wybrać się po Dafne, czyli jakieś 400 km do przejechania na letnich oponach. Wiadomo, że będę jechał inaczej - ale nie mam zamiaru tworzyć za sobą korka.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie lubię zimy. A właściwie pewnego okresu w niej. Ale śnieg niestety mi się z tym czasem kojarzy. Oby to się jak najszybciej skończyło...
wtorek, 27 listopada 2012
On a melancholy Hill
Up on melancholy hill
There's a plastic tree
Are you here with me?
Just looking out on the day
Of another dream
Well you can't get what you want
But you can get me
So let's set up and see
'Cause you are my medicine
When you're close to me
When you're close to me
So call in the submarine
'round the world we'll go
Does anybody know
If we're looking out on the day
Of another dream
If you can't get what you want
Then you come with me
Up on melancholy hill
Sits a manatee
Just looking out for the day
When you're close to me
When you're close to me
When you're close to me
Made by Gorillaz
There's a plastic tree
Are you here with me?
Just looking out on the day
Of another dream
Well you can't get what you want
But you can get me
So let's set up and see
'Cause you are my medicine
When you're close to me
When you're close to me
So call in the submarine
'round the world we'll go
Does anybody know
If we're looking out on the day
Of another dream
If you can't get what you want
Then you come with me
Up on melancholy hill
Sits a manatee
Just looking out for the day
When you're close to me
When you're close to me
When you're close to me
Made by Gorillaz
niedziela, 25 listopada 2012
Bitwa pod Grunwaldem - relacja na żywo
Czyli coś niecoś o... fizyce.
Będzie dość naukowo, więc kto ma i tak w cholerę szkoły, może śmiało pominąć :)
Jak wiemy, widzimy dlatego, że od wszystkiego, co widzimy odbija się światło. Ale światło jednak ma swoją prędkość (około 300 000 km/s), co oznacza, że nie widzimy tego, co jest obecnie, a stan w jakim było bardzo krótko przed chwilą - choć nie odczuwamy tego. Ale co ma g**o do twarogu? Ano to, że skoro ciągle obserwujemy przeszłość - można się też do niej niejako cofnąć - odpowiednio zwiększając odległość (jakieś mądre ludzie obliczyli, że słoneczko widzimy z ośmiominutowym spóźnieniem). Tak więc, jak wiem, że każdy kij ma dwa końce, to będąc na słońcu i szczęśliwie nie spaliwszy się zerkniemy na ziemię - zobaczymy to, co się na niej działo 8 minut temu. Co to oznacza - że im dalej od ziemi jesteśmy, tym jej wcześniejszy stan widzimy.
Często ludzie mylą lata świetlne z tymi latami, którymi określamy czas - a to nie to samo. Mówiąc, że coś stało się dawno temu ("zbiłem ten wazon lata świetlne temu"), sens jest taki sam, gdy mówimy "od czasu, gdy zdechł mój chomik minęło 7 kilometrów". Coś się nie zgadza, prawda? Tak wiec - rok świetlny, to jednostka ODLEGŁOŚCI - czyli odległość, jaką pokonuje światło w ciągu roku.
Teraz połączmy te dwa akapity - skoro Ciągle widzimy przeszłość, a im dalej jesteśmy od ziemi, tym wcześniejsze jej dzieje widzimy, to będąc w odległości roku świetlnego od niej, ujrzymy ziemski 25.11.2011. Hura! - podróż w czasie w roli obserwatora. Tak więc - da się rzeczywiście obejrzeć dzieje świata takie, jakimi były naprawdę - gdyż gdzieś we wszechświecie płynie sobie światło choćby z tytułowej bitwy pod Grunwaldem - i możemy ją sobie obejrzeć. Jest jednak mały haczyk - aby to zrobić, musimy to światło nie tylko znaleźć, ale także i dogonić i znaleźć się przed nim. A pamiętajmy, że czas ciągle płynie, więc coraz bardziej bitewka się od nas oddala. Tak więc, musielibyśmy umieć przekroczyć prędkość światła i to dość znacznie - od 1410 minęło nieco czasu, obraz bitwy jest już daleko, a jeśli chcemy sobie bitwę obejrzeć - trzeba do tego czasu dożyć. Ale widząc postęp technologiczny szacuję jakieś 20-30 lat na to, że opanujemy podglądanie przeszłości wedle własnego widzimisię - a to oznacza, że cokolwiek zrobimy, będzie można zobaczyć raz jeszcze. Więc monitoring zewnętrzny byłby zbędny, gdy podglądać przeszłość będzie mógł przeciętny Kowalski.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem... znacząco :)
Będzie dość naukowo, więc kto ma i tak w cholerę szkoły, może śmiało pominąć :)
Jak wiemy, widzimy dlatego, że od wszystkiego, co widzimy odbija się światło. Ale światło jednak ma swoją prędkość (około 300 000 km/s), co oznacza, że nie widzimy tego, co jest obecnie, a stan w jakim było bardzo krótko przed chwilą - choć nie odczuwamy tego. Ale co ma g**o do twarogu? Ano to, że skoro ciągle obserwujemy przeszłość - można się też do niej niejako cofnąć - odpowiednio zwiększając odległość (jakieś mądre ludzie obliczyli, że słoneczko widzimy z ośmiominutowym spóźnieniem). Tak więc, jak wiem, że każdy kij ma dwa końce, to będąc na słońcu i szczęśliwie nie spaliwszy się zerkniemy na ziemię - zobaczymy to, co się na niej działo 8 minut temu. Co to oznacza - że im dalej od ziemi jesteśmy, tym jej wcześniejszy stan widzimy.
Często ludzie mylą lata świetlne z tymi latami, którymi określamy czas - a to nie to samo. Mówiąc, że coś stało się dawno temu ("zbiłem ten wazon lata świetlne temu"), sens jest taki sam, gdy mówimy "od czasu, gdy zdechł mój chomik minęło 7 kilometrów". Coś się nie zgadza, prawda? Tak wiec - rok świetlny, to jednostka ODLEGŁOŚCI - czyli odległość, jaką pokonuje światło w ciągu roku.
Teraz połączmy te dwa akapity - skoro Ciągle widzimy przeszłość, a im dalej jesteśmy od ziemi, tym wcześniejsze jej dzieje widzimy, to będąc w odległości roku świetlnego od niej, ujrzymy ziemski 25.11.2011. Hura! - podróż w czasie w roli obserwatora. Tak więc - da się rzeczywiście obejrzeć dzieje świata takie, jakimi były naprawdę - gdyż gdzieś we wszechświecie płynie sobie światło choćby z tytułowej bitwy pod Grunwaldem - i możemy ją sobie obejrzeć. Jest jednak mały haczyk - aby to zrobić, musimy to światło nie tylko znaleźć, ale także i dogonić i znaleźć się przed nim. A pamiętajmy, że czas ciągle płynie, więc coraz bardziej bitewka się od nas oddala. Tak więc, musielibyśmy umieć przekroczyć prędkość światła i to dość znacznie - od 1410 minęło nieco czasu, obraz bitwy jest już daleko, a jeśli chcemy sobie bitwę obejrzeć - trzeba do tego czasu dożyć. Ale widząc postęp technologiczny szacuję jakieś 20-30 lat na to, że opanujemy podglądanie przeszłości wedle własnego widzimisię - a to oznacza, że cokolwiek zrobimy, będzie można zobaczyć raz jeszcze. Więc monitoring zewnętrzny byłby zbędny, gdy podglądać przeszłość będzie mógł przeciętny Kowalski.
Mam nadzieję, że nie zanudziłem... znacząco :)
piątek, 16 listopada 2012
Gdy rzeka płynie, przynosi coraz to inne kamienie...
Trudno nie zauważyć, że tytuł, to metafora, prawda? Ale przesłanie jej jest całkiem prawdziwe. Przypadkowo cofnąłem się w czasie o jakieś półtorej roku. Po prostu zajrzałem na strony, których dawno nie odwiedzałem, a kiedyś tam publikowałem. Również niektóre przemyślenia. I wiecie co? Były wtedy bardziej zastanawiające, niż obecne. Między innymi rozważałem nad rolą śmierci. Co ciekawe - rzeczywiście odgrywa ważną funkcję, choć jej nie chcemy. Ale czy na pewno?
Przypuśćmy, że nie ma śmierci. Niemożliwym jest umrzeć. Niby fajnie, umieranie przyjemne nie jest. Ale...
Po pierwsze - co byśmy wtedy robili? Mielibyśmy czas dosłownie na wszystko, więc nie musielibyśmy się z niczym spieszyć. Nie liczylibyśmy czasu, bo i po co? Wszystko odkładalibyśmy na jutro, w efekcie nie robilibyśmy nic.
Po drugie - czas nadal by płynął, my byśmy się starzeli, ale skoro nie możemy umrzeć - to po tych stu kilku latach nie bylibyśmy w stanie zrobić czegokolwiek, poza zwyczajną wegetacją. To dopiero męka, prawda? Leżeć i nie móc nic zrobić. Nawet się ruszyć, bo organizm jest zbyt słaby. Ktoś powie, że właśnie neguję punkt pierwszy - spieszylibyśmy się póki mamy siły. Ale czy teraz się z czymkolwiek spieszymy nie wiedząc, czy ujrzymy następny zachód słońca? W dzień zdążymy umrzeć :)
Po trzecie - bardzo szybko zabrakłoby dla nas miejsca. Zakładając, że każda para miałaby "zaledwie" dwójkę dzieci, to zostając dziadkami ziemia byłaby zaludniona już ośmiokrotnie więcej. A i nasze wnuki tworzyłyby pokolenie po sobie. Ziemia zaś nadal byłaby takich samych rozmiarów.
Po czwarte - Nie byłoby wielu religii. Może i żadnej, gdyż wszystkie, o których wiem opierają się na życiu po śmierci. A skoro nie możemy umrzeć - nie ma też i życia pośmiertnego.
Ale miałoby to też swoje plusy:
Nie ma niebezpieczeństwa. Moglibyśmy dać się zmielić przez kombajn - i nadal żyjemy. Tak samo nie byłoby granic względem wód - nie utopimy się. Również wojny nie miałyby sensu, bo jak tu wygrać, kiedy strzelając do wroga nie wyrządzamy mu krzywdy?
Nie ma też bólu po stracie najbliższych. A przynajmniej nie tych najbliższych, którzy nas rzeczywiście kochają. Ból po odejściu bliskiej osoby gdzieś w pioruny nadal by istniał.
Jak widzicie, świadomość śmierci paradoksalnie jest nam potrzebna do życia. Tak więc cieszmy się, póki je mamy i korzystajmy z niego ile się da. Drugiego może już nie być.
Przypuśćmy, że nie ma śmierci. Niemożliwym jest umrzeć. Niby fajnie, umieranie przyjemne nie jest. Ale...
Po pierwsze - co byśmy wtedy robili? Mielibyśmy czas dosłownie na wszystko, więc nie musielibyśmy się z niczym spieszyć. Nie liczylibyśmy czasu, bo i po co? Wszystko odkładalibyśmy na jutro, w efekcie nie robilibyśmy nic.
Po drugie - czas nadal by płynął, my byśmy się starzeli, ale skoro nie możemy umrzeć - to po tych stu kilku latach nie bylibyśmy w stanie zrobić czegokolwiek, poza zwyczajną wegetacją. To dopiero męka, prawda? Leżeć i nie móc nic zrobić. Nawet się ruszyć, bo organizm jest zbyt słaby. Ktoś powie, że właśnie neguję punkt pierwszy - spieszylibyśmy się póki mamy siły. Ale czy teraz się z czymkolwiek spieszymy nie wiedząc, czy ujrzymy następny zachód słońca? W dzień zdążymy umrzeć :)
Po trzecie - bardzo szybko zabrakłoby dla nas miejsca. Zakładając, że każda para miałaby "zaledwie" dwójkę dzieci, to zostając dziadkami ziemia byłaby zaludniona już ośmiokrotnie więcej. A i nasze wnuki tworzyłyby pokolenie po sobie. Ziemia zaś nadal byłaby takich samych rozmiarów.
Po czwarte - Nie byłoby wielu religii. Może i żadnej, gdyż wszystkie, o których wiem opierają się na życiu po śmierci. A skoro nie możemy umrzeć - nie ma też i życia pośmiertnego.
Ale miałoby to też swoje plusy:
Nie ma niebezpieczeństwa. Moglibyśmy dać się zmielić przez kombajn - i nadal żyjemy. Tak samo nie byłoby granic względem wód - nie utopimy się. Również wojny nie miałyby sensu, bo jak tu wygrać, kiedy strzelając do wroga nie wyrządzamy mu krzywdy?
Nie ma też bólu po stracie najbliższych. A przynajmniej nie tych najbliższych, którzy nas rzeczywiście kochają. Ból po odejściu bliskiej osoby gdzieś w pioruny nadal by istniał.
Jak widzicie, świadomość śmierci paradoksalnie jest nam potrzebna do życia. Tak więc cieszmy się, póki je mamy i korzystajmy z niego ile się da. Drugiego może już nie być.
poniedziałek, 12 listopada 2012
Inny świat
Istnieje teoria, że w nieskończonej ilości wszechświatów może się zdarzyć wszystko. I każdy z tych wszechświatów to odrębna rzeczywistość, którą kształtuje każda z podejmowanych decyzji. Zarówno naszych, jak i innych. Rzeczywistość, w której żyjemy jest już odgórnie "zaprogramowana", zarówno my tworzymy tą rzeczywistość, jak i jest kształtowana przez inne wszechświaty. Brzmi zawoalowanie? Bo i też takie jest. Według tej teorii, zarówno my tworzymy inne rzeczywistości, jak i jesteśmy tworem nieznanego nam obrazu świata. Ale wtedy też zadajemy sobie pytanie - co by było gdyby? Gdybyśmy podjęli innego wyboru? Gdyby ktoś inny wybrał inaczej? Gdybyśmy byli kimś innym? A może dobrze, że jesteśmy tymi, którymi jesteśmy? Wszystko jest w pozostałych wszechświatach możliwe :) Może w jednym z nich, mając 20 lat jesteśmy już właścicielami dobrze zarabiającej firmy? W innym zaś, możemy być bezdomnymi. Do wyboru, do koloru...
sobota, 3 listopada 2012
Poznań umarł
No, może nie dosłownie, ale na dzisiejszej przechadzce w nocy czułem się jak w filmie "jestem legendą" (polecam!). Totalna cisza, nic się nie dzieje, nikogo nie ma, nawet pies nie zaszczekał. Lubię taki spokój, przypomina mi moje rodzinne strony, gdzie jest podobnie. Można iść środkiem drogi i popłynąć wgłąb umysłu, nie przejmować się niczym i przemyśleć kilka spraw. Rozważać nad dalszym postępowaniem, bądź celach innych ludzi, którzy się ze mną zadają. Jedna z tych osób postępuje wręcz śmiesznie. Pisałem o tej osobie już, jakiś czas temu dość ostro się z nią pokłóciłem i doszło do rozpadu znajomości. Ale kilka dni temu znów się odezwała. Co prawda odzywała się już wcześniej, przepraszała, ale nie dała mi żadnego powodu, bym chciał te przeprosiny przyjąć. Ale niedawno przyjąłem, z czystej ciekawości, czego też ode mnie chce, skoro byłem taki zły i niedobry. Odpowiedź jest dość zaskakująca - utrzymanie znajomości ma być protektorem przed... czymś, co i tak nie miałoby miejsca. Choć ów ktoś temu zaprzecza - nie da się zaprzeczyć pewnych zbiegów okoliczności. Wszystko na zasadzie "przyczyna - skutek". Aż żal mi się robi, gdy dla kogoś niektóre słowa nie mają żadnej wartości... Mówię tu o słowie "przepraszam". Gdyż w moim odczuciu, te przeprosiny nie miały na celu wyrażenia skruchy, czy obietnicy poprawy, a jedynie był to sposób na zabezpieczenie się... Ehh...
czwartek, 1 listopada 2012
Rozstania i powroty
Czasem tak bywa, że żałujemy niektórych decyzji. Spalimy sobie most, który po jakimś czasie chcemy odbudować. Jak wiecie - nie zawsze się da. W końcu mało kto ot tak kończy znajomość z inną osobą, zawsze jest ten "punkt zapalny". Coś, co to spowodowało. Niektóre rzeczy można wybaczyć, innych - nie ma opcji. Odbudowanie tego mostu zależne jest także od człowieka. Głównie od niego. No i też naszego podejścia do odbudowania. Bo jeśli z góry zakładamy, że będzie nam wybaczone - no to sorry, ale możemy się srogo zawieść. Ale jeśli rzeczywiście zrozumieliśmy swój błąd - warto próbować. Dobrze jest żyć dobrze z ludźmi.
wtorek, 30 października 2012
The X Day
Wigilia. Boże narodzenie. Xmas. Co prawda jeszcze dwa miesiące bez tygodnia do nich, ale co tam. Jakoś tak przyszły mi na myśl, więc piszę. A skojarzyły mi się głównie dzięki filmowi Diabolic Team - właśnie o świętach. Bardzo głęboki film, ukazujący taką prawdę o nas samych, jakiej nie chcemy znać. "(...) mam ochotę krzyczeć. Ale nikt mnie nie usłyszy. A wiecie czemu? Bo wszyscy inni też krzyczą. Nikt nie słyszy bliźniego, bo każdy drze mordę (...)". Nie macie tak? Sam się naciąłem, ze tak mam. Zresztą - nie tylko ten jeden cytat jest godny zapamiętania i... przemyślenia? Tak, trzeba nad nim pomyśleć.
Tymczasem odsyłam was do filmiku. Może i was skłoni do przemyśleń?
http://www.youtube.com/watch?v=sC86t19hUwI&feature=endscreen&NR=1
Tymczasem odsyłam was do filmiku. Może i was skłoni do przemyśleń?
http://www.youtube.com/watch?v=sC86t19hUwI&feature=endscreen&NR=1
piątek, 26 października 2012
Jak nie wydrzesz ryja, to nic nie załatwisz
Niestety - takie prawo działa w urzędach w "moim" mieście. moim w cudzysłowiu, bo tu mieszkam, ale stąd nie pochodzę. Dziś (no w sumie wczoraj) załatwiałem parę ważniejszych spraw. Bez naczelników się nie obyło, chciano nawet policję wzywać - ale ostatecznie co chciałem, to załatwiłem. Na wpół. Bo tu nie da się przyjść i załatwić wszystkiego do końca za pierwszym podejściem. A na kolejne po prostu nie miałem czasu. Dziś kolejne starcia... Jeśli przez najbliższy miesiąc nic nie napiszę - to znaczy, że załatwianie wpakowało mnie za kratki. A to zapewne nastąpi...
sobota, 20 października 2012
Generalny remont
Ale nie mieszkania, czy samochodu. Dziś postanowiłem "przemeblować" swoje życie. Podliczyć plusy i minusy, co mi się udało, a co chcę zmienić. A nieco rzeczy do zmiany się znalazło. Ale czemu akurat dziś? Gdyż dziś ujrzałem przeszłość. Stała na przystanku czekając na tramwaj, który jechał tuż za mną. I to dosłownie. Wtedy też zacząłem myśleć "co dalej?", "jak to wszystko dalej się ułoży?", "Co ja właściwie robię ze sobą?", "Gdzie ten dawny ja i co się stało, ze już go nie ma?". No cóż - stało się kilka rzeczy. Zaczęło się prawie rok temu. Jedna rzecz, której kompletnie się nie spodziewałem. Niestety - dla mnie negatywna. Znaczy się wówczas, gdyż pewnie pozostały ciąg zdarzeń nie miałby miejsca, żeby nie to. Ale - no właśnie. Co by było, gdyby tamta rzecz się nie wydarzyła? Pierwsza myśl - byłoby bardzo dobrze, zbudowałbym coś, co od dawna chciałem stworzyć. Ale gdy się tak dogłębniej przyjrzeć... zwrócić uwagę na niby mało istotne szczegóły - wszystko diametralnie się zmienia. Przyjmowałbym pewnie czyjeś widzimisię jako troskę o mnie. I co ciekawe - na tej samej płaszczyźnie, co późniejsze wydarzenia. Ale i niekoniecznie. Takich szczególików było o wiele więcej. I te szczególiki dopiero przedstawiły mi całkiem wyraźny obraz faktycznego stanu rzeczy. A gdyby nie tamto zdarzenie z początku roku - te szczegóły nie miałyby miejsca. Koniec końców - dobrze, że to się tak potoczyło. Gorzej, że z winy dwóch osób (w tym mnie) te szczególiki przestaną istnieć. Chociaż... przyszłości nikt nie zna. I choć teraz mógłbym się zapierać rękami i nogami, że pewne sytuacje nie wrócą - nie mam pojęcia, czy rzeczywiście tak będzie. A raczej nie będzie.
To, czego nie zmienię, to styl opisywania na pewnym portalu. Tam piszę krótko, zwięźle i na temat. Jak się okazało - był jeden z kolejnych punktów zapalnych ciągu dość przyjemnych i odkrywczych wydarzeń. Dlatego też nie żałuję, że wtedy stało się tak, jak się stało. Żałuję natomiast, że tak to się skończyło.
To, czego nie zmienię, to styl opisywania na pewnym portalu. Tam piszę krótko, zwięźle i na temat. Jak się okazało - był jeden z kolejnych punktów zapalnych ciągu dość przyjemnych i odkrywczych wydarzeń. Dlatego też nie żałuję, że wtedy stało się tak, jak się stało. Żałuję natomiast, że tak to się skończyło.
wtorek, 9 października 2012
43 godzina na nogach
I nadal nie śpię. Ktoś by mnie pewnie nazwał terminatorem, ale niestety są sytuacje, które tego wymagają. Całe szczęście - zmieniają się. To jest zmienią się jutro. Jak dobrze, bo i tak będę musiał kilka miejsc odwiedzić i może nie być czasu na sen. A co wtedy? Dobijamy do rekordu, czyli 72h rozłąki z łóżkiem. Tak, wiem, miałem o siebie dbać itepe, ale niestety czasem się nie da. Może i ważniejsze to to nie jest, ale żeby było dobrze - będę musiał odłożyć chęci i czyjeś... hmm... rady? Albo i polecenia. W każdym razie - ktoś chce, żebym jednak o swoje zdrowie zadbał. Ba, działa to w obie strony. I tak samo po obu stronach są przeciwności, które na to nie pozwalają. Mniej, czy bardziej zależne od samych zainteresowanych. A jednak mam przeczucie, że pomimo wielkiego jak stąd do wieczności błędu po obu stronach - nadal jedno o drugie starałoby się dbać. Ale czy to się sprawdzi?
Sadzę, że adresat będzie wiedział, że to o nim. Dlatego, jeśli czujesz się na siłach - zapraszam na priv.
Sadzę, że adresat będzie wiedział, że to o nim. Dlatego, jeśli czujesz się na siłach - zapraszam na priv.
Mniejszości narodowe
Zapewne każdy z was choć raz spotkał cygana, murzyna, albo innego przedstawiciela mniejszości narodowej, czy tam etnicznej. Każde z nich charakteryzuje się jakąś cechą szczególną. Dziś na tapetę bierzemy cyganów. Z pewnością wiecie, że uwielbiają robić, co im się podoba (nawet niezgodnego z prawem, czy obyczajem), a każdy protest na ich czyny to "prześladowanie". Niestety, jest to nagminne, przez co sami romowie czują się bezkarni - bo i co ty im możesz zrobić, skoro zawsze mogą cię oskarżyć o prześladowanie i masz ciepło? Ano... coś się jednak da. Wystarczy coś, co ich zarejestruje - dyktafon, kamera, czy po prostu ślady, które dowodzą, co naprawdę zaszło. Wtedy już ten argument traci na mocy - w końcu przede wszystkim są ludźmi, równymi z każdym. Nic ponad to.
A czemu akurat ich dziś wziąłem na taśmę? Gdyż miałem oberwać od nich za wykonywanie swojej pracy. A ta imo polega na przestrzeganiu prawa. Więc... czekam z niecierpliwością. I kilkoma innymi atutami.
W końcu są tylko ludźmi :)
A czemu akurat ich dziś wziąłem na taśmę? Gdyż miałem oberwać od nich za wykonywanie swojej pracy. A ta imo polega na przestrzeganiu prawa. Więc... czekam z niecierpliwością. I kilkoma innymi atutami.
W końcu są tylko ludźmi :)
wtorek, 25 września 2012
Chora Dafne
Z Dafne jest niestety coraz gorzej. Co ją trochę podratuję, to boli ją coś innego. Jakieś błędne koło. Ale nic, trzeba o nią zadbać, prawda? Zwłaszcza, że pewna osoba jeszcze jej nie poznała - a ich spotkanie obiecałem. Co prawda nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się poznają, ale byłoby miło, gdybym się z tej obietnicy wywiązał. W końcu po to obietnice są, żeby ich dotrzymywać. Inaczej są nic nie warte. Dlatego też obiecuję tylko wtedy, kiedy mam pewność, że jestem w stanie obietnicę spełnić. Ale akurat tą konkretną złożyłem już jakiś czas temu. niestety, w wyniku różnych zawirowań, już tej pewności nie mam. Co nie znaczy, że tą obietnicę zaniecham. To nie byłoby po dżentelmeńsku...
poniedziałek, 17 września 2012
Zwykły chłam piśmienniczy...
Czyli różne moje obserwacje. Niewątpliwie jedną z obserwacji jest fakt, że nauka szkolna... nijak się nie przydaje. Na ten przykład - Dafne się rozchorowała, ale i tak ja wiedziałem lepiej, jak jej pomóc niż ktoś, kto pod tym kierunkiem się szkoli. Dziwne, nie? Otóż nie. I wcale nie dlatego, że jestem jakąś alfą i omegą. Najzwyczajniej w świecie... brak praktyki. O ile ktoś, kto miał się znać lepiej ode mnie ma wiedzę tylko szkolną, ale nadal nie rozumie, jak to wszystko działa, bez praktyki się nie dowie. Najlepiej przecież uczymy się na błędach. O ile potrafimy wyciągać z nich wnioski.
piątek, 7 września 2012
Dafne ponownie
Tak sobie myślę i liczę.. I wychodzi na to, że z Dafne tworzymy zgrany zespół dłużej, niż z jej poprzednikami. Serio. prawie 8 miesięcy bez żadnego zawodu. No, może jednym, ale i tak mimo, że zawiodła, to akurat tak, że tylko mi utrudniła dotarcie w jedno miejsce, ale nie uniemożliwiła mi tego. Aż szkoda, że mi jest ciężko być tak niezawodnym w stosunku do niektórych osób. Ale cóż - niektórych rzeczy, takich jak domysły się nie przeskoczy. A że domyśliłem się nie tego, co było i mylnie zrobiłem bardzo poważną rzecz... No cóż. Teraz, gdy znam prawdę - żałuję, że to zrobiłem. Ale nie odwrócę czasu. Jedyne, co mi pozostało - próbować tą pomyłkę naprawić. Nawet nie wiedząc, czy się da. Ale wierzę, że się uda.
czwartek, 6 września 2012
Pomyłka przez pomyłkę
Wczorajsza rozmowa wiele mi dała. Choćby to, że wiem, że było inaczej, niż sądziłem. Co za tym idzie - wiem, że pewną decyzję podjąłem zbyt pochopnie. A raczej na podstawie nieprawdziwych informacji. O co konkretnie chodzi, wiedzą dwie osoby. Jedną z nich jestem ja. W każdym razie - skoro było to działanie bezpodstawne, a i osoba zainteresowana nie chciała takiego obrotu spraw, może da radę to odkręcić? Zakochać się na nowo? Może. Ale cóż... "nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki"..
sobota, 18 sierpnia 2012
Jak przeżyć życie bez większych obrażeń?
No właśnie - jak? Po ostatnich doświadczeniach dochodzę do wniosku, że trzeba być ostatnim hujem. Albo ktoś z tobą leci w kulki, albo ty z kimś. Smutne, ale najwyraźniej prawdziwe. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że gdy okażemy komuś trochę serca, to owy ktoś ci wciska ciemnotę? Niestety, ale okazało się, że kilka osób, które coś dla mnie znaczyły mają mnie gdzieś. Najwyraźniej byłem dla nich za dobry. Nie będę wymieniał, o jakie osoby chodzi - i tak wiedzą, a jeśli nie, to będą wiedzieć. Jednakże o ile po niektórych mogłem się tego spodziewać - jedna z tych osób mnie wręcz zszokowała swoim zachowaniem. jedna czynność, a tak wiele zmieniła. Jeśli to czyta - domyśla się, o co chodzi. Wystarczy dodać dwa do dwóch.
Jedna pierdolona czynność. Na której mi tak zależało. Wobec mnie nie zaistniała, wobec osoby trzeciej już tak. To smuci, rani i wkurwia, że się nie zauważyło tego wcześniej. Ale też zastanawia - dlaczego? Czemu ta osoba tak zrobiła? Po pobieżnym rachunku sumienia - nie mam pierdolonego pojęcia. Ale jednak tak się stało.
I weź tu człowieku komuś zaufaj...
Jedna pierdolona czynność. Na której mi tak zależało. Wobec mnie nie zaistniała, wobec osoby trzeciej już tak. To smuci, rani i wkurwia, że się nie zauważyło tego wcześniej. Ale też zastanawia - dlaczego? Czemu ta osoba tak zrobiła? Po pobieżnym rachunku sumienia - nie mam pierdolonego pojęcia. Ale jednak tak się stało.
I weź tu człowieku komuś zaufaj...
wtorek, 7 sierpnia 2012
Tęsknota
Czym właściwie jest? Potrzebą, czy zachciewajką? Tęsknimy za kimś, bo chcemy przy tym kimś być, czy potrzebujemy tej bliskości? Nie wiadomo, wiadomo tylko tyle, że z jakichś powodów tęsknimy. Czy to za dzieciństwem, czy to za osobą, która jest daleko... Normalny, ludzki (i nie tylko) odruch. Ale czy ktoś zadał sobie pytanie, po co tęsknimy? Może i dziwnie brzmi, w końcu tęsknota, to uczucie, nie zaplanujemy sobie jeje, ale nie mniej swoją rolę spełnia. Tęsknota "służy nam" do tego, byśmy doceniali to, co mamy tu i teraz. "Cholera, tak fajnie było, jak się miało 7 lat. Ale w sumie drugi raz 27 też nie będę miał". Mało osób myśli w podobny sposób, temu też po prostu tęsknią, nie wiedząc nawet, dlaczego. Czy z potrzeby, czy od chcenia?
Ja już wiem, za kim i dlaczego tęsknię. Ale tego wam nie powiem. Jak pisałem kiedyś - zacznijcie myślenie od zera
Ja już wiem, za kim i dlaczego tęsknię. Ale tego wam nie powiem. Jak pisałem kiedyś - zacznijcie myślenie od zera
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Nexiomania
Wraz z Dafne byłem na zlocie w miniony weekend. Niby nic nadzwyczajnego - zjeżdżają się pasjonaci czegokolwiek, z całej polski. Łączy ich (teraz, to nas) tylko to, że posiadamy/lubimy konkretny model samochodu. A wiecie, co jest najlepsze? Że bez względu na to, w jak złym, bądź stuningowanym stanie masz auto - jesteś równy ze wszystkimi. I o to właśnie chodzi.
Tak więc Skorzęcin zaliczony - teraz czekam na termin Toporni ;]
Tak więc Skorzęcin zaliczony - teraz czekam na termin Toporni ;]
piątek, 3 sierpnia 2012
Znak
Tja, stało się coś dziwnego. Wręcz bardzo dziwnego. Coś, wręcz niewytłumaczalnego dla mnie. Ale skoro się stało - było to możliwe. O co chodzi? Pokrótce opowiem.
Z jakiegoś powodu w minioną niedzielę odwiedziłem kościół. Nawet nie było mszy. I dobrze, bo ksiądz mógłby nerwowo nie wytrzymać kazania. Ale nie o tym. Poszedłem tam, bo poczułem nagłą potrzebę tego. Potrzebowałem "pogadać" z bogiem. Co ciekawe - doszedłem do dość ciekawych wniosków (wszystkie dotyczyły prywatnego życia, nie będę się wdawał w szczegóły). Powiedzmy, że zaryzykowałem - sprawdzeniem czegoś. Poprosiłem Najwyższego o jakiś znak, czy pewną czynność zrobić, czy też nie. Jedno z wydarzeń utwierdziło mnie w przekonaniu, że to miał być ten znak na tak. Nie był....
A wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że bardzo religijna osoba (której o tym ogólnikowo opowiedziałem) nie uwierzyła, że to mógł sprawić On... cóż za piękna hipokryzja, czyż nie?
Z jakiegoś powodu w minioną niedzielę odwiedziłem kościół. Nawet nie było mszy. I dobrze, bo ksiądz mógłby nerwowo nie wytrzymać kazania. Ale nie o tym. Poszedłem tam, bo poczułem nagłą potrzebę tego. Potrzebowałem "pogadać" z bogiem. Co ciekawe - doszedłem do dość ciekawych wniosków (wszystkie dotyczyły prywatnego życia, nie będę się wdawał w szczegóły). Powiedzmy, że zaryzykowałem - sprawdzeniem czegoś. Poprosiłem Najwyższego o jakiś znak, czy pewną czynność zrobić, czy też nie. Jedno z wydarzeń utwierdziło mnie w przekonaniu, że to miał być ten znak na tak. Nie był....
A wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że bardzo religijna osoba (której o tym ogólnikowo opowiedziałem) nie uwierzyła, że to mógł sprawić On... cóż za piękna hipokryzja, czyż nie?
sobota, 28 lipca 2012
Sataniści?
Tak mnie dzisiaj naszło... wszystkie "wielkie katole" wierzą tylko i wyłącznie w Boga, który wszystko może, wszystkich kocha itp... Wg nich każdy, kto tego nie czyni jest satanistą. Czyli, że niby wierzy w szatana... Ale.. są ślepi w swojej wierze. Bo ci, co wierzą w Boga, TAKŻE wierzą w szatana. Więc mamy czystą hipokryzję. Zapytajcie kogoś, kto jest większość dnia w kościele, czy wierzy w szatana. Prawdopodobnie w steku bluzgów i im podobnych wyczytacie, że nie. Oni tylko w Boga. Tak więc... co to za religia? Zresztą wszystko (wg nich), z czym się nie zgadzają, bądź czego nie rozumieją, to dzieło szatana.
Ale...
Skoro Bóg wszystko może - czemu nie unicestwi diabła? Dlaczego pozwala ludziom grzeszyć?
Jeszcze jedna sprawa... Wszędzie w modlitwach, kazaniach i wszystkim, co się wiąże z katolicyzmem Bóg jest nazywany Ojcem.
Tak więc "nasz tatuś" coś się średnio w swojej roli sprawdza. Bo czy kochający ojciec skazałby swe dziecko na wieczne cierpienie tylko dlatego, że się go nie słuchało? Bo moim zdaniem nie.
Podobnie z wybaczeniem. "Bóg wybacza każdemu" - a jednak daje wilczy bilet do piekła. Więc nie wybaczył tejże duszyczce skazanej na cierpienie.
Tak więc - cała ta wiara jest wg mnie zakłamana. Sami siebie okłamujemy wierząc w niego. Katolicy wierzą, że Bóg jest wręcz idealny, ma wszystkie najlepsze cechy, jakie można mieć, ani jednej złej, jednocześnie przyjmując do wiadomości, że robi także złe rzeczy dla nas. Coś jakby "On nic złego nie robi, nic a nic, tylko czasem kogoś zabije".
Jeśli kogoś z was uraziłem - piszcie. Ale proszę o konstruktywne argumenty. Bo "To jest Bóg, nie masz prawa go osądzać" jakoś do mnie nie przemawia.
Ale...
Skoro Bóg wszystko może - czemu nie unicestwi diabła? Dlaczego pozwala ludziom grzeszyć?
Jeszcze jedna sprawa... Wszędzie w modlitwach, kazaniach i wszystkim, co się wiąże z katolicyzmem Bóg jest nazywany Ojcem.
Tak więc "nasz tatuś" coś się średnio w swojej roli sprawdza. Bo czy kochający ojciec skazałby swe dziecko na wieczne cierpienie tylko dlatego, że się go nie słuchało? Bo moim zdaniem nie.
Podobnie z wybaczeniem. "Bóg wybacza każdemu" - a jednak daje wilczy bilet do piekła. Więc nie wybaczył tejże duszyczce skazanej na cierpienie.
Tak więc - cała ta wiara jest wg mnie zakłamana. Sami siebie okłamujemy wierząc w niego. Katolicy wierzą, że Bóg jest wręcz idealny, ma wszystkie najlepsze cechy, jakie można mieć, ani jednej złej, jednocześnie przyjmując do wiadomości, że robi także złe rzeczy dla nas. Coś jakby "On nic złego nie robi, nic a nic, tylko czasem kogoś zabije".
Jeśli kogoś z was uraziłem - piszcie. Ale proszę o konstruktywne argumenty. Bo "To jest Bóg, nie masz prawa go osądzać" jakoś do mnie nie przemawia.
piątek, 27 lipca 2012
Wena wróciła :D
A wraz z nią - chęć pisania.
Mieliście kiedyś takie myśli, że wyobrażacie sobie jakąś sytuację i jak się w niej zachowacie? Na pewno. Taka ucieczka od rzeczywistości, gdzie jesteśmy kimś lepszym. Miałem coś takiego całkiem niedawno, ale jak się okazało - gdy faktycznie do tej sytuacji doszło, to wyobrażenia poszły w łeb. Ale... co z tego? Przynajmniej nadal mam wyobraźnię i już wiem, czego wtedy mi zabrakło. Kilku rzeczy, po części. Ale nie o tym.
Chodzi mi bardziej o to, że tworzymy sobie własny świat w wyobraźni, niezależnie od wieku. Po co? tego nikt nie wie. Czasem po to, żeby się wewnętrznie wyładować, rozmarzyć się, cokolwiek innego.
Wiec rzućmy wszystko i chodźmy sobie wyobrażać :)
Mieliście kiedyś takie myśli, że wyobrażacie sobie jakąś sytuację i jak się w niej zachowacie? Na pewno. Taka ucieczka od rzeczywistości, gdzie jesteśmy kimś lepszym. Miałem coś takiego całkiem niedawno, ale jak się okazało - gdy faktycznie do tej sytuacji doszło, to wyobrażenia poszły w łeb. Ale... co z tego? Przynajmniej nadal mam wyobraźnię i już wiem, czego wtedy mi zabrakło. Kilku rzeczy, po części. Ale nie o tym.
Chodzi mi bardziej o to, że tworzymy sobie własny świat w wyobraźni, niezależnie od wieku. Po co? tego nikt nie wie. Czasem po to, żeby się wewnętrznie wyładować, rozmarzyć się, cokolwiek innego.
Wiec rzućmy wszystko i chodźmy sobie wyobrażać :)
niedziela, 22 lipca 2012
Spopot i inne mecyje
Jutro jadę na Sopot. W zasadzie dzisiaj. Co niektórzy wiedzą po co, jeszcze mniej liczni wiedzą, co się pod tym kryje. Nie, nie żaden podstęp. Wszystko na legalu. Ale nie chcę niepotrzebnie tego rozdmuchiwać. Jeszcze nie. Kiedyś przyjdzie na to czas... a może i nie... Cholera, jak ja mało wiem! Krążę wśród masy niewiadomych, nijak ze sobą powiązanych, ale efekt i tak jest niezmienny - to ja nie wiem, co dalej, niczego nie jestem w stanie zaplanować, ale cóż - trza sobie radzić. Bez względu na wszystko.
Pozostaje jeszcze jedna kwestia - co, jeśli plan (jeśli można to tak nazwać) pójdzie w łeb? Co może przynieść wrzesień? I czy w ogóle coś przyniesie? Póki co, miałby mi dać trzy ścieżki. W prawo, w lewo i bez zmian. Do dwóch dni temu była jeszcze jedna - ale się okazało, że nie mogę nią kroczyć. Nie spełniam niestety jej wymagań.
Drażni mnie jeszcze taka jedna rzecz. Sprzed dni trzech (no, teraz już czterech). Czy telepatia istnieje? Oby nie. Gdyby istniała, jest duże prawdopodobieństwo, że stanę przed wyborem, którego się obawiałem. I nie tylko ja. Choć obawy się różniły, to właśnie ta jedna decyzja może zaważyć nad wszystkim. Zachować się jak ostatni (...), czy w pewnym stopniu stracić zaufanie osoby, na której mi cholernie zależy? Eh, oby to, co odebrałem jako wołanie o pomoc było tylko wytworem mojego zmęczonego ostatnimi wydarzeniami umysłu... Nie chcę wybierać... Nie tak i nie pomiędzy tymi dwoma zależnościami.. Dobija mnie samo myślenie o tym... A nie mogę przestać..
Jo, wiem, to nie pamiętnik, miałem tu abstrahować od rzeczywistości, ale jak to śpiewał K44:
"Zdradliwa wena, raz jest raz jej nie ma"
Pozostaje jeszcze jedna kwestia - co, jeśli plan (jeśli można to tak nazwać) pójdzie w łeb? Co może przynieść wrzesień? I czy w ogóle coś przyniesie? Póki co, miałby mi dać trzy ścieżki. W prawo, w lewo i bez zmian. Do dwóch dni temu była jeszcze jedna - ale się okazało, że nie mogę nią kroczyć. Nie spełniam niestety jej wymagań.
Drażni mnie jeszcze taka jedna rzecz. Sprzed dni trzech (no, teraz już czterech). Czy telepatia istnieje? Oby nie. Gdyby istniała, jest duże prawdopodobieństwo, że stanę przed wyborem, którego się obawiałem. I nie tylko ja. Choć obawy się różniły, to właśnie ta jedna decyzja może zaważyć nad wszystkim. Zachować się jak ostatni (...), czy w pewnym stopniu stracić zaufanie osoby, na której mi cholernie zależy? Eh, oby to, co odebrałem jako wołanie o pomoc było tylko wytworem mojego zmęczonego ostatnimi wydarzeniami umysłu... Nie chcę wybierać... Nie tak i nie pomiędzy tymi dwoma zależnościami.. Dobija mnie samo myślenie o tym... A nie mogę przestać..
Jo, wiem, to nie pamiętnik, miałem tu abstrahować od rzeczywistości, ale jak to śpiewał K44:
"Zdradliwa wena, raz jest raz jej nie ma"
niedziela, 8 lipca 2012
Wrocek-klocek
Kilka dni temu miałem tam być. W sumie nie tyle miałem, co chciałem. Ale nie dało się. Mogłem jechać, nikt by mi za to ręki nie uciął, ale po co jechać, jeśli po wspólnym kombinowaniu cel nie byłby osiągnięty? Ehh, szkoda, że się nie dało, miałem nadzieję na to, że się uda, ale cóż... Czynników zewnętrznych nie wyeliminuję. A przynajmniej nie w taki sposób, jaki bym chciał, bo to karalne :) Pocieszam się myślą, że pogadam w najbliższym czasie z Anastazją i być może coś ustalimy... Ale będzie można wprowadzić to w czyn dopiero po wakacjach. Jeśli da się ustalić.. Ale bądźmy dobrej myśli :) Zresztą zawsze jest jakiś plan B. I już go znam...
środa, 4 lipca 2012
Podróż w nieznane
Jeszcze wczoraj nie wiedziałem, co się będzie dzisiaj działo. Co więcej - nie wiedziałem, na co się będę pisał. I z każdą minutą rosną obawy - co, jeśli się nie uda? Jeśli mnie zawiedzie mimo zapewnień? Niby ufam - bo jak nie ufać rodzinie? Ale mimo to, nadal mam obawy, czy dobrze robię. W sensie czy to dobrze dla mnie. Honorowo jestem rozgrzeszony - rodziny na lodzie nie zostawiam, mimo wszystko. Więzy krwi sporo dla mnie znaczą. Jak to dla Kaszuba. Ale jednak... mogę na tym sporo stracić. I nie chodzi tu o pieniądze - dużo ich na świecie, można je zarobić w moment. I nieważne, w jaki sposób. Ale może ucierpieć moja reputacja, na którą dość ciężko pracowałem. I już jej takiej samej nie odbuduję. Dlaczego? Bo może i moje imię nie będzie zszargane, ale pochodzenie i ród już owszem... I tego się właśnie boję...
czwartek, 28 czerwca 2012
Dogadywanka do przeszłości
Niektóre decyzje są naprawdę nieodwracalne. Jak się okazało, przez jedną z nich moje życie mogło całkiem inaczej wyglądać. Ba, może nawet nie wyprowadziłbym się z kaszub? Co to była za decyzja - nie powiem. Ważne, że uznałem ją za lepszą. Efekt jest... połowiczny. Ja jestem z takiego obrotu spraw zadowolony, ale zawsze jest jakieś ale. Mianowicie "Co by było gdyby i czy byłoby tak, jak myślę?"
wtorek, 26 czerwca 2012
Odwracasz się plecami i krzyczysz "Witaj przeszłość!"
CrankHaust. Zespół, na który niedawno trafiłem. To, o czym śpiewają jest nad wyraz głębokie. W zasadzie, bardzo motywujący rock. Tytuł to refren ;] I co najciekawsze, w moim przypadku się sprawdził kilkakrotnie. Osoby z przeszłości próbują do mnie wrócić. I wiem, że przynajmniej jeszcze jedna to samo niedługo zrobi. Może i jestem chamem, że się obracam do nich plecami, ale cóż... To był ich wybór. To te osoby się ode mnie odwróciły z mniej, lub bardziej istotnych powodów. Nie ja od nich. A niestety, dokonując wyboru, musimy liczyć się z konsekwencjami. Czyż nie? Mam takie powiedzenie. "Jak ktoś ma mnie w d... to ja go dwa razy". Z mojego na ludzki - Jesteś wobec mnie nie fair, to i ja wobec ciebie będę nie fair bez skrupułów. Jeździsz po mnie? Przygotuj się na to samo. Ale i działa to w drugą stronę. Wiem, że mogę na tobie polegać - ty możesz na mnie. Oczywiście w granicach rozsądku, nie oczekuj ode mnie nerki za to, że mnie podwiozłeś. Równowaga musi być zachowana. Żeby nie było - patrzę na całokształt tej osoby, nie coś na zasadzie "Ja ci pomogłem, to ty masz mi pomóc teraz zaraz nieważne czego potrzebuję i że masz inne priorytety". No właśnie - priorytety. W moim mniemaniu każdy jakieś ma, a przynajmniej powinien mieć. Przede wszystkim (dla mnie) - rodzina. Ta najbliższa. Potem praca. Następnie Dafne, później dopiero przysługi, koledzy i cała reszta. Chyba nie muszę tłumaczyć, czemu tak? Muszę? Takiego wała. Nie muszę. Ci, którzy mnie znają wiedzą, ci, którzy nie znają wiedzieć nie muszą. Proste jak poziomica.
sobota, 23 czerwca 2012
Tatk Tidzyń
Jedna z legend kaszubskich, o powstaniu tygodnia :)
Tatk Tydzyń mioł sedem dzece, a każde beło inne
Najstarszo beła Nedzela, a że beła łena pierworodno, to tatk ją rozpieszczoł, jak telko megł, kazeł jej ne robec, bo jesz so skaleczi
Po nej urodzył so knyp, mecny jak nedzwiedz. Dał mu tatk na imie Ponedzelnik, bo so urodzył po Nedzeli. Tatk nauczeł go robec w płelu, lese i gdze so doło.
Trzece dzeckłe tyż beło knypem, jeno kusk lichszem, jak Ponedzelnik. Ale dyrch robeło to, co robeł brat. Temu tyż tatk nazweł go Wtórk, bo jeno wtórował Ponedzelnikowi
Czworta beła dzeusem, lubiała i chcoła dyrch głetowac, to i tatk jej do roboty w płelu i zagrodze ne gonił, jeno kazał dla wszetcich półnie robec. A że beło łena posrotku w urodzeniu, to so zwała Sroda.
Czwórtk i Piótk beło blizniakami, jeno Czwórtk so urodza za czwórtym pianiem keguta, a Piótk za piótym. Jednego razu tatk widzoł, jak Piótk so psocy rodzenstwu i ne daje im w spłekeju robec, to za kare ne doł mu miesa.
Łestatnio beła Sobota, jeno taci z nej drobno dzewcia, że tatk kazał jej so ne menczec i letkłe robec.
Napisałem fonetycznie, bo nie mam niestety kaszubskich liter. Mam nadzieję, że się rozczytacie.
Wszystkiego najlepszego wszystkim tatkom :)
Tatk Tydzyń mioł sedem dzece, a każde beło inne
Najstarszo beła Nedzela, a że beła łena pierworodno, to tatk ją rozpieszczoł, jak telko megł, kazeł jej ne robec, bo jesz so skaleczi
Po nej urodzył so knyp, mecny jak nedzwiedz. Dał mu tatk na imie Ponedzelnik, bo so urodzył po Nedzeli. Tatk nauczeł go robec w płelu, lese i gdze so doło.
Trzece dzeckłe tyż beło knypem, jeno kusk lichszem, jak Ponedzelnik. Ale dyrch robeło to, co robeł brat. Temu tyż tatk nazweł go Wtórk, bo jeno wtórował Ponedzelnikowi
Czworta beła dzeusem, lubiała i chcoła dyrch głetowac, to i tatk jej do roboty w płelu i zagrodze ne gonił, jeno kazał dla wszetcich półnie robec. A że beło łena posrotku w urodzeniu, to so zwała Sroda.
Czwórtk i Piótk beło blizniakami, jeno Czwórtk so urodza za czwórtym pianiem keguta, a Piótk za piótym. Jednego razu tatk widzoł, jak Piótk so psocy rodzenstwu i ne daje im w spłekeju robec, to za kare ne doł mu miesa.
Łestatnio beła Sobota, jeno taci z nej drobno dzewcia, że tatk kazał jej so ne menczec i letkłe robec.
Napisałem fonetycznie, bo nie mam niestety kaszubskich liter. Mam nadzieję, że się rozczytacie.
Wszystkiego najlepszego wszystkim tatkom :)
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Rozproszone skupienie
Właśnie sprawdzam teorię, jak to jest być rozpraszanym w trakcie pisania postu. Póki co, rozproszenie nie rozprasza, choć próby nadal trwają. Choć... no akurat po tej kropce się udała w 100 %. Walczymy dalej, i póki co, skupienie nadal jest odczuwalne. Kolejna próba zakończona niepowodzeniem. Czyżbym jednak był w stanie aż tak dać się rozproszyć? Odpowiedź brzmi tak. Z całą pewnością.
Wojaże
Dzisiaj z rana przekonałem się, że mam rację, nie ufając komunikacji miejskiej. Ale od początku. Postanowiłem wybrać się do Szczecina, powód znają dwie osoby ;] Więc czym - pociągiem. Dla sprawdzenia pewnej teorii. Czy lepiej podróżować samochodem, czy komunikacją publiczną? Komunikacja zawiodła już na początku podróży zawalając dwukrotnie. Dzięki temu, że jednak miałem samochód pod ręką, zdążyłem na pociąg... Zgadnijcie, skąd piszę?
sobota, 16 czerwca 2012
Czuły punkt
Tak sobie dziś rozmyślam o tym, co było, co będzie i doszedłem do ciekawych wniosków. Dobra, może ciekawych dla was, ja to już wiedziałem wcześniej, ale dopiero dziś nadałem temu kształt. Mianowicie wywlokłem na zewnątrz (o ile świadomość to "zewnątrz") swoje słabe punkty. Są tylko dwa. Ale jeśli ktoś na nie naciśnie, to klękajcie narody. Chyba, że ową osobę darzę uczuciem szczególnym. Ale wszystko ma swoje granice, wiadomo. W każdym razie, jeśli ktoś, kogo tylko lubię trafi w mój czuły punkt - jestem w stanie być nieobliczalnym. Na tyle, na ile pozwala mi honor (choć wg pewnej osoby go nie mam). Jesteście pewnie ciekawi, co może u mnie wywołać taki stan..
No cóż...
Tylko wybrane osoby będą wiedzieć. A właściwie już wiedzą...
No cóż...
Tylko wybrane osoby będą wiedzieć. A właściwie już wiedzą...
wtorek, 12 czerwca 2012
Irelandia
Ponieważ mamy Euro, sporo w miastach ze stadionami jest teraz obcokrajowców. No a moje miejsce pracy wymusza na mnie spotkania z nimi. Będąc jakąś godzinę temu na recepcji, jeden z Irlandczyków będący już pod wpływem zaczął ze mną rozmawiać. Co ciekawe, wszyscy napotkani Irlandczycy po spożyciu są bardzo przyjaźnie nastawieni do ludzi. Każdego chcą wyściskać jak starego przyjaciela i nie przeszkadza im fakt, że jeszcze dwie godziny temu nie zdawali sobie sprawy z istnienia wyściskanego. Nie przejmują się niczym, ważne jest tu i teraz, by spędzić jak najlepiej czas. I to jest dobre.
Akurat ten Irlandczyk (Michael) wychwalał Polskę, twierdząc, że Irlandia się do niej umywa. Ile w tym prawdy - nie wiem, gdyż nie jestem w stanie porównać. Pytanie tylko, czy chciał w ten sposób poderwać recepcjonistkę (wszystkie inne metody zawiodły, byłem tego świadkiem), chwaląc jej kraj? Jak sądzicie?
Żeby nie było - mnie nikt nie podrywał i vice versa.
Akurat ten Irlandczyk (Michael) wychwalał Polskę, twierdząc, że Irlandia się do niej umywa. Ile w tym prawdy - nie wiem, gdyż nie jestem w stanie porównać. Pytanie tylko, czy chciał w ten sposób poderwać recepcjonistkę (wszystkie inne metody zawiodły, byłem tego świadkiem), chwaląc jej kraj? Jak sądzicie?
Żeby nie było - mnie nikt nie podrywał i vice versa.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Skorzęcin
W tym oto miejscu mam się pojawić wraz z Dafne. Jeszcze nie teraz, dopiero w sierpniu. Otóż ma się tam odbyć zlot, więc wiadomo - chlanie, spanie i szamanie ;] Ogólnie na tego typy zlocie będę po raz pierwszy, Dafne zresztą też, więc... będzie ciekawie ;] O ile będę... Bo wg wyliczeń - mam być wtedy w pracy. Ale... wszystko kwestia dogadania ;]
Nie zapomnijcie o rogalu ;]
Nie zapomnijcie o rogalu ;]
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Zachowania
Jakiś czas temu dałem komuś lekcję... Jak pisałem w poprzednim poście, ktoś mnie potraktował niezbyt miło. Ale cóż... ten sam ktoś posunął się krok dalej, mianowicie - chciał już zakończyć znajomość. Ale że jest w trakcie robienia ze mną pewnego biznesu, to przesunął termin zakończenia znajomości do czasu zamknięcia sprawy. No ok, ja tam nikogo do trzymania się ze mną nie zmuszam, bo nie o to chodzi. Ale cóż... niedługo po wywodzie, jaki to jestem zły, niedobry i nie ma sensu dłużej się kumplować - "zapomniała" o tym chcąc się wypłakać w rękaw. Nosz kurr, gdzie tu logika? Oczywiście - od razu pokazałem jej brak (tzn nie odzywałem się do czasu, aż ta osoba zaczęła się dopominać o reakcję z mojej strony). Jeśli ktoś tu widzi jakiś sens, to niech mi go wskaże - bo ja jakoś go nie widzę. Chcieć kończyć znajomość, a za 10 minut z niej skorzystać?
czwartek, 31 maja 2012
"Lubię zimę, odróżna kierowców od tych, którzy mają prawo jazdy"
Ciekawa rzecz... Rzekłbym, że nawet bardzo ciekawa... Ba - wręcz nie jestem w stanie zrozumieć tej logiki. Otóż od paru lat mogę legalnie prowadzić półtoratonową puszkę z siedzeniami i radiem. Zdążyłem nabrać wprawy, kilkadziesiąt tysięcy kilometrów asfaltu i nie tylko miałem pod tą blachą i ogólnie wiem, jak tą menażerią zaworów i śrub jeździć. A jednak jeździć, a prowadzić to nie to samo. Ogółem - jakieś doświadczenie mam. Mimo to, mój sposób jazdy został skrytykowany (to bardzo łagodne określenie) przez kogoś, kto licencję pilota pojazdu bojowego czterokołowego kat "B" posiada dłużej, niż ja, ale nawet pierwszego tysiąca nie "zrobił", sam zaś zostałem mianowany "skrajnym kretynem" gdyż (uwaga, będzie śmiesznie) ściąłem nocą kilka zakrętów. To nic, że widziałem, że nic z przeciwka nie jedzie. Również nic, że takie ścięcie tak nie szarpie samochodem, więc mniejsza szansa, że na zakręcie pojedzie prosto. "Jesteś idiotą, bo naraziłeś się na wypadek". Tja... Ciekawe, że kierowcy (ooops, przepraszam - sterowniczy samochodem) także miewają wypadki, nawet, jeśli sztywno trzymają się przepisów.
Żeby nie było - nie mówię, że przepisy są be i nie trzeba ich przestrzegać. Mówię, że w niektórych przypadkach można je nagiąć i to wcale nie zmniejszy bezpieczeństwa. Przykład?
10 km prostej na autostradzie, ruchu brak. Ograniczenie w Polsce wynosi 140 km/h. Samochód A jedzie z tą prędkością. Samochód B ma na budziku 200 km/h. I oba jadą równie bezpiecznie*. Już wyjaśniam dlaczego.
Wyobraźnia
Coś, o co często posądza się kierowców. A raczej jej brak. Ja akurat jadąc samochodem/rowerem/łodzią podwodną myślę o tym, co się dzieje w miejscu, w którym wyhamuję. Na bieżąco. Widząc wszelkie ruchome obiekty (inne samochody, piesi, rowerzyści, psy) biorę pod uwagę trajektorię kolizyjną. Tzn gdzie i czy w ogóle z czymś się zderzę. Widzę psa biegnącego w moją stronę? - przyhamować, chyba że to on goni. Pieszy idący tropem węża - też przewidzieć, kiedy kawałek asfaltu po którym mam zamiar przejechać postanowi się przytulić z obliczem tropiciela. Niestety, nie wszyscy są w stanie pojąć, że to odruch bezwarunkowy. I to nie tylko u mnie. Ale cóż... jeśli jedynym argumentem na naginanie przepisów (w miejscach, gdzie to nadal jest bezpieczne) jest "Bo tata...", a wszelkie tłumaczenia i próby są "potwierdzeniem mojej skrajnej nieodpowiedzialności", więc jak grochem o ścianę... pozostaje mi tylko życzyć zdobycia doświadczenia w jeździe, nie w prowadzeniu.
Kierowcy C i C+E - mimo, że jeżdżę "małym", mam do was bardzo duży szacunek, że mimo, że wszyscy na was psioczą - nie rozstajecie się z szoferką. Dobrze wiedzieć, że są doświadczeni kierowcy, nie tylko /miszczowie/ prostej. Szerokości, przyczepności :)
*W tym przykładzie A i B nie jadą równocześnie
Żeby nie było - nie mówię, że przepisy są be i nie trzeba ich przestrzegać. Mówię, że w niektórych przypadkach można je nagiąć i to wcale nie zmniejszy bezpieczeństwa. Przykład?
10 km prostej na autostradzie, ruchu brak. Ograniczenie w Polsce wynosi 140 km/h. Samochód A jedzie z tą prędkością. Samochód B ma na budziku 200 km/h. I oba jadą równie bezpiecznie*. Już wyjaśniam dlaczego.
Wyobraźnia
Coś, o co często posądza się kierowców. A raczej jej brak. Ja akurat jadąc samochodem/rowerem/łodzią podwodną myślę o tym, co się dzieje w miejscu, w którym wyhamuję. Na bieżąco. Widząc wszelkie ruchome obiekty (inne samochody, piesi, rowerzyści, psy) biorę pod uwagę trajektorię kolizyjną. Tzn gdzie i czy w ogóle z czymś się zderzę. Widzę psa biegnącego w moją stronę? - przyhamować, chyba że to on goni. Pieszy idący tropem węża - też przewidzieć, kiedy kawałek asfaltu po którym mam zamiar przejechać postanowi się przytulić z obliczem tropiciela. Niestety, nie wszyscy są w stanie pojąć, że to odruch bezwarunkowy. I to nie tylko u mnie. Ale cóż... jeśli jedynym argumentem na naginanie przepisów (w miejscach, gdzie to nadal jest bezpieczne) jest "Bo tata...", a wszelkie tłumaczenia i próby są "potwierdzeniem mojej skrajnej nieodpowiedzialności", więc jak grochem o ścianę... pozostaje mi tylko życzyć zdobycia doświadczenia w jeździe, nie w prowadzeniu.
Kierowcy C i C+E - mimo, że jeżdżę "małym", mam do was bardzo duży szacunek, że mimo, że wszyscy na was psioczą - nie rozstajecie się z szoferką. Dobrze wiedzieć, że są doświadczeni kierowcy, nie tylko /miszczowie/ prostej. Szerokości, przyczepności :)
*W tym przykładzie A i B nie jadą równocześnie
sobota, 26 maja 2012
O! Pole!
Dziś nad ranem wróciłem z Piastonaliów. Pomimo odległości (niecałe 300 km) dałem się w nie wkręcić. I pomimo trzech epizodów - Nawet jako tako się bawiłem ;] Jedna rzecz mi się cholernie spodobała - w campusie ludzie, którzy widzieli mnie pierwszy raz na oczy od razu mnie przyjęli jak swojego. Browary szły jeden za drugim i nikt nie patrzył na to, kto ile i jakie przyniósł. Chcesz? Bierz. A że ja wziałem ze sobą Dafne, to sami rozumiecie... ;]
niedziela, 20 maja 2012
Jak wkur... człowieka...
Ciekawie dzień mi się zaczął. Na "dzień dobry" - mandat (fakt, słuszny, więc nie będę się sprzeciwiał). Całość trwała z pól godzinki. A to nie spodobało się szefowi. Więc zamiast jechać do firmy, kazał jechać od razu na obiekt (hu wie gdzie...). Na radyjku słyszę, że stoją. Ok, i tak przepisowo jadę, ale nic - i tak ściągnęli. Po co? Dobre pytanie, otóż... sprawdzili mi telefon. Tak. TELEFON - czy czasem nie jest kradziony itepe. Tłumaczenia, że mam go z komisu spełzły na niczym. Sprawdzili, jest ok, ale przecież skoro kierowca młody - coś musi być nie tak. Wynaleźli złą oponę (kto się zna - wie, że bieżniki muszą być te same) Kolejny mandat? Nie, bo ta "dobra" leży przebita w bagażniku - co zaprezentowałem. No to wyposażenie - błąd, bo gaśnica aktualna, trójkąty mam trzy. Tak więc spędziłem kolejne pół godziny bezowocnie. A praca czeka. No nic, jadę, szukam obiektu - nic nie ma. Zatrzymuję się przy budowlańcach - nic nie wiedzą. Jeżdżę w tą i z powrotem i nigdzie nie ma. Jak się okazało - to właśnie u tych budowlańców miałem być... Ehh, a to dopiero początek..
P.S Policjant, który wypisywał mi mandat stwierdził, że moje kochanie ma ładne imię. Ma rację ;]
P.S Policjant, który wypisywał mi mandat stwierdził, że moje kochanie ma ładne imię. Ma rację ;]
wtorek, 15 maja 2012
"Pisze do Ce lest..."
Listy. Takie dawne SMSy. Nie ma żadnych darmowych pakietów na nie, idą do adresata dłużej niż 10 sekund, no i żeby wysłać trzeba iść na pocztę. Ale nadal ludzie je do siebie piszą. Dlaczego? Bo taki zwykły, napisany na kartce list staje się sentymentalny. Bo to nie tylko treść, ale i charakter pisma, uczucia, świadomość, że ktoś zadał sobie tyle trudu specjalnie dla nas... Tak, to pewnie miłe uczucie. Ja niestety nigdy się nie dowiedziałem, jak to jest dostać list. W końcu rachunki ciężko pod to podciągnąć, podobnie WKU.
Szkoda tylko, że pomimo posiadania wszystkich "składników" nie wyślę go KOMUŚ
Szkoda tylko, że pomimo posiadania wszystkich "składników" nie wyślę go KOMUŚ
sobota, 12 maja 2012
Powrót do przeszłości
Cofnąć się w czasie... Któż z nas nie chciałby tego uczynić? Cofnąć się do jakiegoś momentu, zmienić kilka decyzji, ułożyć życie od nowa... Thaa, fajnie pomarzyć. Ale załóżmy, że jest to możliwe. Cofamy się w czasie do momentu podjęcia ważnej decyzji, znając już jej skutki. Znając teraźniejszość, a po odbyciu podróży przyszłość. Tylko my ją znamy. Moglibyśmy być kimś w rodzaju nostradamusa. Moglibyśmy zapobiec wielu katastrofom (WTC, Smoleńsk) "uratować" tych, którzy mieliby zginąć w wypadku. No i co to za zdziwienie, gdy sześciolatek, którym jesteśmy pisze sensowną magisterkę? Raj na ziemi po prostu ;] Ale skupmy się na decyzjach. Każda z nich ukształtowała to, kim jesteśmy. Decyzja o samodzielnej naprawie roweru (oraz dokonanie tego) daje nam dziką satysfakcję, że jesteśmy w stanie coś zrobić dla siebie bez niczyjej pomocy. Wybór tej, a nie innej trasy powrotu do domu także nas kształtuje. No, w pewnym sensie i nie zawsze. Przykładowo mamy możliwość powrotu ścieżką przez las, bądź wzdłuż drogi. Wybieramy jedną ścieżkę, a przy drodze coś się dzieje. Cofając się w czasie wiedząc, że coś tam się dzieje (przykładowo - ma dojść do wypadku, w którym ginie pieszy) możemy temu zapobiec, w porę zatrzymując przechodnia (np pytając, jak dojść pod jakiś adres - wystarczająco długo, by w momencie wypadku pieszego tam nie było). Takich decyzji było mnóstwo. I każda z osobna nas kształtowała. Ale co - cofając się, musielibyśmy bardzo uważać, gdyż podjęcie innej decyzji, niż pierwotnie mogłoby się przyczynić do zaburzenia tejże przyszłości. Przykład? Choćby zmiana wyuczonego fachu ;] Zamiast zostać cukiernikiem, bylibyśmy strażakiem. A to już wiele zmienia, czyż nie?
Ale spójrzmy na to z innej strony. Co, jeśli kiedyś w przyszłości będziemy chcieli się cofnąć do dzisiejszego dnia? Teraz mamy możliwość podjęcia takiej a nie innej decyzji, po podjęciu już nie. Nie wiem, jak wy, ale ja przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji wyszukuję minusy tego wyboru i oceniam, czy jestem w stanie sobie z nimi poradzić. W końcu każdy wybór niesie za sobą ryzyko, prawda? Jeśli wybierzesz jedną z opcji, musisz się liczyć z jej konsekwencjami. Możesz zyskać wiele, ale też i stracić wszystko. Wybór należy do ciebie...
Ale spójrzmy na to z innej strony. Co, jeśli kiedyś w przyszłości będziemy chcieli się cofnąć do dzisiejszego dnia? Teraz mamy możliwość podjęcia takiej a nie innej decyzji, po podjęciu już nie. Nie wiem, jak wy, ale ja przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji wyszukuję minusy tego wyboru i oceniam, czy jestem w stanie sobie z nimi poradzić. W końcu każdy wybór niesie za sobą ryzyko, prawda? Jeśli wybierzesz jedną z opcji, musisz się liczyć z jej konsekwencjami. Możesz zyskać wiele, ale też i stracić wszystko. Wybór należy do ciebie...
Demokracja?
Zauważyliście pewną dziwną rzecz? Wybieramy rząd, rząd robi, co chce,
bez względu na to, czy nam - wyborcom, obywatelom, po prostu polakom -
się to podoba, czy nie, i jedyne, co robimy - narzekamy, lub
protestujemy. Ale co - jest pewna logika, z której chyba nikt nie zdaje
sobie sprawy. Przecież skoro to my wybraliśmy rządzących - możemy też
ich odwołać. W końcu to my daliśmy im stołki, więc jesteśmy swego
rodzaju ich pracodawcami. Chcesz tańsze paliwo? Skrzyknij paru kolegów,
oni niech skrzykną swoich, wytłumaczcie o co chodzi i... jedziemy ;] Ale
zanim to zrobicie, wpadnijcie na pomysł, jak do tego doprowadzić, by
paliwo faktycznie było tańsze. A nie, sorry - ten pomysł już istnieje.
Obcięcie akcyzy, albo brak podatku. Zmniejszy przychody? Zmniejszy. Więc
trzeba zmniejszyć wydatki. Jak? Ograniczyć liczbę stołków, urządzić
prawdziwą demokrację, a nie pseudodemokratyczną oligarchię. Czy TY
czujesz się rządzącym? Bo ja nie. Ja czuję, że moja rola rządzącego
ogranicza się do kabiny do głosowania. A przecież demokracja oznacza
rządy ludu - a więc nasze, nie grupki polityków. Co więcej - jest to
możliwe, byśmy to my rządzili. Schemat byłby prosty - Jest jakaś ustawa,
ludzie (każdy z osobna) głosuje, czy jest za, czy przeciw i po
głosowaniu ustawa byłaby przyjęta, bądź nie.
"Jeśli oglądasz "Teleexpress" i nie jesteś w stanie powstrzymać gniewu, bo wkurza Cię cała ta sytuacja - po prostu przestań ją akceptować. Nie przyzwyczajaj się do niej. Pamiętaj, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to, co się tutaj dzieje, jaki mamy kraj i jak się nam w nim żyje. I my możemy to zmienić"
I to jest prawda. Możemy zmienić to, co się tutaj dzieje. Najlepszym przykładem będzie ACTA. Nie chcieliśmy tego, podnieśliśmy się - i zmieniliśmy. To była walka nie tylko o wolny internet, ale także o władzę. Walczyliśmy o taką demokrację, która powinna funkcjonować. Taką, którą opisałem wyżej. Rządy ludu, nie elity. Tak więc... chcemy tego? Chcemy prawdziwej demokracji, w której lud ustala, jakie ma być prawo? Gdzie rzeczywiście MY decydujemy o tym, w jakim kraju chcemy żyć?
Jeśli uważasz, że ta forma rządów, przedstawiona wg mojego pomysłu nie ma prawa wypalić - napisz dlaczego. Krytyka jest przecież dobra, jeśli jest podparta racjonalnymi argumentami.
"Jeśli oglądasz "Teleexpress" i nie jesteś w stanie powstrzymać gniewu, bo wkurza Cię cała ta sytuacja - po prostu przestań ją akceptować. Nie przyzwyczajaj się do niej. Pamiętaj, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to, co się tutaj dzieje, jaki mamy kraj i jak się nam w nim żyje. I my możemy to zmienić"
I to jest prawda. Możemy zmienić to, co się tutaj dzieje. Najlepszym przykładem będzie ACTA. Nie chcieliśmy tego, podnieśliśmy się - i zmieniliśmy. To była walka nie tylko o wolny internet, ale także o władzę. Walczyliśmy o taką demokrację, która powinna funkcjonować. Taką, którą opisałem wyżej. Rządy ludu, nie elity. Tak więc... chcemy tego? Chcemy prawdziwej demokracji, w której lud ustala, jakie ma być prawo? Gdzie rzeczywiście MY decydujemy o tym, w jakim kraju chcemy żyć?
Jeśli uważasz, że ta forma rządów, przedstawiona wg mojego pomysłu nie ma prawa wypalić - napisz dlaczego. Krytyka jest przecież dobra, jeśli jest podparta racjonalnymi argumentami.
piątek, 11 maja 2012
Dafne ;]
Dziś, będąc pod wpływem pewnego środka odurzającego (i to nie był alkohol) postanowiłem odpowiednio zająć się Dafne. Co ciekawe, zajęło mi to więcej czasu, niż sądziłem, ale... tym lepiej ;] Jak wiadomo, nadmiar pewnych rzeczy nie szkodzi. Bo czy zaszkodził komuś nadmiar opału, paliwa, czy... no właśnie ;] Ale nic, najważniejsze, że to, co chciałem - zrobiłem. Co prawda jeszcze nie do końca, trzeba by dopieścić parę elementów, ale wszystko jest na dobrej drodze przed czerwcem... ;]
niedziela, 6 maja 2012
Prawda
Odpowiedzcie sobie, czym jest prawda? Co kryje się pod tym słowem? Rzeczywistość? Fakty? MOŻE. A to dlatego, że to, co uznajemy za prawdę, może wcale nią nie być. A raczej mijać się z tym znaczeniem słowa, jakim przyswoiliśmy. Ano właśnie - "przyswoiliśmy" - więc to my wzięliśmy znaczenie prawdy od kogoś. Zresztą wiele rzeczy przyswajamy i to niekoniecznie jest dobre. I nie mówię tu o złych nawykach. Chociaż może tak. Mamy zły nawyk obieranie za prawdę tego, co się do nas mówi. Wierzymy w to, dopóki nie jest to skonfrontowane z innym zdaniem. Nie potrafimy myśleć od początku. A może jednak? Ha - i tu was mam. Niby potrafimy, ale wcale tego nie robimy, bo nie wiemy jak się do tego zabrać. A jest to bardzo proste. Wystarczy sobie zadać pytanie "po co?" ktoś coś robi? Jeśli ten sam ktoś nam powie dlaczego robi tak, a nie inaczej - wierzymy w to. Mamy logiczną odpowiedź, więc jest git, widzimy cel tego działania. I już przestajemy myśleć. Nie uruchamiamy abstrakcyjnego myślenia w poszukiwaniu innych powodów. Czy mam rację? Może podam przykład:
Robimy zakupy, płacimy i widzimy, że kasjerka źle nam wydała resztę. Po zwróceniu jej na to uwagi słyszymy "Oj przepraszam, pomyliłam się."
A my w to wierzymy (o ironio) tłumacząc ją samym sobie ("Pewnie zmęczona po tylu godzinach", "Tak wcześnie to się jeszcze nie myśli, mogło jej się zdarzyć"). Mało komu chce się nieco "rozszerzyć horyzont" odpowiedzi na pytanie, dlaczego źle wydała resztę. Gdyż mogła świadomie to zrobić, aby nie mieć manka, bądź wykazać się przed kierownikiem, że dzięki niej sklep zarobił te parę groszy więcej, niż powinien.
Ale żeby nie było - nie mówię, że za każdym rogiem czai się spisek przeciwko nam. Jestem zdania, że nie potrafimy, a nawet nie czujemy potrzeby umieć wysnuwać własnego zdania, zaczynać myślenia od zera. Dlaczego? Gdyż różne ktosie narzucają nam własne zdanie, logicznie argumentując, więc przyjmujemy, że tak jest w istocie. Przed chwilą skończyłem oglądać dokument o przekrętach na skalę światową. Padło tam stwierdzenie że... terroryzm nie istnieje. Czemu w takim razie o nim tak głośno? Bo to dobry powód dla działań zaczepnych. Zapytacie "Ale jak to nie istnieje? A zamachy? A porwania samolotów?" W filmie /wyjaśnili/ jak to miałoby działać. Mianowicie - pozorowanie terroryzmu dla własnych celów. Inwigilacja w imię walki z terroryzmem. Ale jest jedno ale... Zanim opowiecie się za którąś ze stron (Terroryzm dzieje się naprawdę/terroryzm to fikcja) wyciągnijcie wnioski z obu stanowisk. Zacznijcie myśleć od początku. Zastanówcie się - co dają terrorystom ich działania, a co da sfingowanie terroryzmu walczącym z nim? Dopiero potem możecie z czystym sumieniem powiedzieć, że to jest wasze zdanie.
Robimy zakupy, płacimy i widzimy, że kasjerka źle nam wydała resztę. Po zwróceniu jej na to uwagi słyszymy "Oj przepraszam, pomyliłam się."
A my w to wierzymy (o ironio) tłumacząc ją samym sobie ("Pewnie zmęczona po tylu godzinach", "Tak wcześnie to się jeszcze nie myśli, mogło jej się zdarzyć"). Mało komu chce się nieco "rozszerzyć horyzont" odpowiedzi na pytanie, dlaczego źle wydała resztę. Gdyż mogła świadomie to zrobić, aby nie mieć manka, bądź wykazać się przed kierownikiem, że dzięki niej sklep zarobił te parę groszy więcej, niż powinien.
Ale żeby nie było - nie mówię, że za każdym rogiem czai się spisek przeciwko nam. Jestem zdania, że nie potrafimy, a nawet nie czujemy potrzeby umieć wysnuwać własnego zdania, zaczynać myślenia od zera. Dlaczego? Gdyż różne ktosie narzucają nam własne zdanie, logicznie argumentując, więc przyjmujemy, że tak jest w istocie. Przed chwilą skończyłem oglądać dokument o przekrętach na skalę światową. Padło tam stwierdzenie że... terroryzm nie istnieje. Czemu w takim razie o nim tak głośno? Bo to dobry powód dla działań zaczepnych. Zapytacie "Ale jak to nie istnieje? A zamachy? A porwania samolotów?" W filmie /wyjaśnili/ jak to miałoby działać. Mianowicie - pozorowanie terroryzmu dla własnych celów. Inwigilacja w imię walki z terroryzmem. Ale jest jedno ale... Zanim opowiecie się za którąś ze stron (Terroryzm dzieje się naprawdę/terroryzm to fikcja) wyciągnijcie wnioski z obu stanowisk. Zacznijcie myśleć od początku. Zastanówcie się - co dają terrorystom ich działania, a co da sfingowanie terroryzmu walczącym z nim? Dopiero potem możecie z czystym sumieniem powiedzieć, że to jest wasze zdanie.
piątek, 27 kwietnia 2012
Ecie pecie na tapecie
...Czyli kolejny wpis o wszystkim i o niczym. Coś, to masa roboty u mnie, głównie za kierownicą, więc wiadomo, hektolitry kawy wypić trzeba. Po cholerę mi powiększać statystyki wypadków drogowych? Zresztą dla jednych, to tylko statystyka, ilość wypadków + 1, a dla innych - zawalenie się nieba. A to mi do szczęścia (i mojego i czyjegoś) tak potrzebne, jak rybie ręcznik. Właśnie - dawno na rybach nie byłem, ostatnio chyba jeszcze przed osiemnastką, którą miałem już jakiś czas temu. Coś sprzętu nie mogę skompletować, a i samemu średnio chce mi się iść, wolałbym z kimś, co się chociaż pogada, pośmieje, powariuje... Bo jaki problem będąc już nad wodą nie wskoczyć do niej popływać? Ryby mogą, to ja też, co ja, gorszy jestem? ;] Walić to, że mi pływanie średnio wychodzi, ale przynajmniej można się zrelaksować, poop(...)alać*, uciec od miasta chociaż na moment... Najlepiej z konkretnym kimś... I ten ktoś wie, że o nim mówię ;]
*Celowo wstawiłem nawias akurat tam. Ot, taka zabawa słowem ;]
*Celowo wstawiłem nawias akurat tam. Ot, taka zabawa słowem ;]
środa, 25 kwietnia 2012
Gdybanie, teoretyzowanie i inne takie...
Czym właściwie jest gdybanie? Jest to założenie pewnej sytuacji, rozwoju wypadków, tylko z przeszłości ("Gdybym wiedział, że to taki szmelc, nie kupowałbym tego") . Po co nam gdybać? Skąd nam się właściwie to wzięło? Żeby "przewidzieć" jakie byłyby skutki w analogicznej sytuacji w przyszłości? Tak, to może być to. Z jednym "ale" - gdybając, nie mamy pewności, czy taka sytuacja się powtórzy. Ale teoretyzując zakładamy, że dana sytuacja będzie miała miejsce ("Teoretycznie mógłbym to naprawić"). Czyli najczęściej, gdy mamy jakiś dylemat, teoretyzujemy, która "ścieżka" będzie najlepsza. Którą decyzję podjąć, jak się zachować. Ja już dziś swoje teoretyzowałem. I wiem, że pewne posunięcie niewiele by zmieniło w tej płaszczyźnie, w której mogłoby zmienić sporo... ale tej zmiany ani ja, ani nikt zainteresowany nie chce...
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Ogarnij to ziąą ;]
Każdy z Was przyzna, że świata się nie zbawi. Nie jesteśmy w stanie być wszędzie, pomóc każdemu, być przy każdym, kiedy (jak sądzimy) tego potrzebuje, racja? Jesteśmy tylko ludźmi, klonowanie jeszcze raczkuje, ale to i tak nam niewiele da, bo... mimo, że fizycznie ktoś wyglądałby jak my - to nadal byłaby inna osoba. Najlepiej byłoby wszystkich takich, którym trzeba pomóc zebrać w jedno miejsce - i bylibyśmy przy każdym. Ale i to mijałoby się z celem, gdyż nie poświęcilibyśmy się komuś w 100%, zawsze jakaś część będzie poświęcona komuś innemu. Więc gdybyśmy mieli być jednocześnie przy 4 osobach - skupilibyśmy się tylko w 25% na każdej.
Ale... jest wyjście. I jest ono znane od masy czasu. Mianowicie - poczucie. Poczucie, że ktoś jest przy nas nawet, jeśli fizycznie jest daleko. Poczucie, że ktoś o nas myśli. Poczucie, że gdy temu komuś jest źle - czuje, że jesteśmy przy nim. Rozumiecie, o co mi chodzi?
Jeśli uważasz, że gadam farmazony wyjęte z pewnej części ciała - napisz w komentarzu. Przydałby się argument, dlaczego to farmazon ;]
Ale... jest wyjście. I jest ono znane od masy czasu. Mianowicie - poczucie. Poczucie, że ktoś jest przy nas nawet, jeśli fizycznie jest daleko. Poczucie, że ktoś o nas myśli. Poczucie, że gdy temu komuś jest źle - czuje, że jesteśmy przy nim. Rozumiecie, o co mi chodzi?
Jeśli uważasz, że gadam farmazony wyjęte z pewnej części ciała - napisz w komentarzu. Przydałby się argument, dlaczego to farmazon ;]
sobota, 21 kwietnia 2012
Ulgi
Nie macie pojęcia, jaka to ulga mieć z kim pogadać, gdy przytłaczają myśli. Serio. Cała masa różnych wątpliwości, niektóre rozwiane przez przypadek, co wyszło właśnie w rozmowie. Choć też inna sprawa, gdy nie możesz zasnąć... Nie, nie w tym sensie. Gdy chce wam się spać jak smok, ale z jakiegoś powodu musicie być przytomni. Dobrze jest wtedy pogadać z kimś, zamiast wpadać w odmęty internetu, można tam znaleźć dziwne rzeczy... Ale o tym kiedy indziej ;] Przemyślenie na dziś - czy masz kogoś, z kim możesz przegadać całą noc i nadal wam mało?
czwartek, 19 kwietnia 2012
Przyjaciele...
Na przyjaźń trzeba sobie zasłużyć. Znajomość dojrzewa, zanim nazwie się ją przyjaźnią. Ale czy aby na pewno? Tak nam wpajano, ale czasem wszystko dzieje się nagle. Ni stąd, ni zowąd mamy przyjaciela w kimś, kogo nie znamy. A raczej ledwo znamy. Bo w sumie - po co nam przyjaciel? Do czego "służy"? Przyjaciel, to wg mnie ktoś, u kogo mamy oparcie. I mamy pewność, że zawsze się to oparcie u niego znajdzie. Bez względu na to, w jakim jesteśmy dołku, stanie na rzęsach i zamacha uszami, żeby nas z niego wyciągnąć. To przyjacielowi mówimy o takich rzeczach, o których nawet nasz partner nie wie. A dlaczego? Bo partnerowi staramy się ciągle pokazywać z jak najlepszej strony. Przy przyjacielu nie mamy takiej potrzeby, jesteśmy po prostu sobą. Nie musimy nic ukrywać, upiększać... Zgadzacie się? Ale żeby ta przyjaźń się utrzymała, musi iść w dwie strony...
Noc i jej następstwa
Jest środek nocy, a ja nie śpię. Nie mogę zasnąć. Natłok myśli jest zbyt duży. Co ciekawe - nie są to myśli na tematy bieżące. Raczej masa w jakiś sposób łączących się możliwości. Też tak macie, że myślicie o jednym, skojarzy wam się drugie i zaczynacie myśleć o trzecim aspekcie wynikającym z drugiego? Ja tak mam. I to nie od dziś. "Skojarzenia" zaczęły się od pewnego uczucia. Mimo, że leżałem sam, czułem, jakby ktoś się we mnie wtulał, aby zasnąć. Wiedziałem kto. I zacząłem o tym KIMŚ myśleć. Co by było, gdyby ów KTOŚ faktycznie się wtulał zasypiając. I od razu myśl, że chciałbym tak codziennie... Codziennie zasypiać w objęciach tego konkretnego KOGOŚ. A co za tym idzie - przydałoby się z tym KIMŚ ożenić. I nawet nie dlatego, że tak wypada. Czuję, że będę tego chciał. Ale skoro już ślub, dobrze by było wiedzieć, kto miałby się na nim pojawić. Przede wszystkim - rodzina. I tu cofnąłem się myślami parę dni wstecz. Do pobytu nad morzem. I tego, że podjąłem słuszną decyzję jadąc tam. Co z tego, że nie miałem tam nic do załatwienia? Co z tego, że paliwo drogie? Rodzina jest przecież najważniejsza, przynajmniej dla mnie. Już w "Ojcu Chrzestnym padł jeden z ważniejszych cytatów. "Spędzasz czas z rodziną? To dobrze. Mężczyzna, który nie spędza czasu z rodziną, nigdy nie będzie prawdziwym mężczyzną". To jest fakt. Drogie panie, jeśli któraś z Was jest w stanie podważyć to stwierdzenie - stawiam piwo. Ale jak mniemam, nie będę musiał. Bo który kochający mąż, czy ojciec nie ma czasu dla własnej rodziny? Żaden. Ja rozumiem - zmęczenie po pracy. Ale czy nie ma lepszego odpoczynku, niż towarzystwo najbliższych? Ano właśnie. Choć niestety, rzeczywistość nie zawsze jest tak kolorowa, jakbyśmy chcieli...
niedziela, 15 kwietnia 2012
Ciekawa rzecz...
Zauważyliście, że wokół dzieją się różne dziwne rzeczy? Ktoś doświadcza, albo i sami doświadczacie czegoś, co było dla Was niemożliwe? Przykładowo twierdziliście, że kuchnia azjatycka jest be - aż tu nagle wam zasmakowała. Albo, że stworzenie czegoś jest możliwe tylko w Waszej wyobraźni - a tu bach, to coś stoi przed Wami. Zauważyliście to? Bo ja ostatnio zauważyłem pewną sprzeczność w mojej osobie. Pozwoliłem sobie na coś, czego nie chciałem. I wiecie co? Dobrze, że sobie na to pozwoliłem. Takiej radości ze spełnienia wcześniej nie czułem. Przez to, że sam na siebie założyłem ograniczenie. A może właśnie dlatego, że tyle czasu się przed tym wzbraniałem tak mnie to cieszy, bo jest wyjątkowe? Może. A czy Wy też macie jakieś własne "kajdany", których zrzucenie może Was uszczęśliwić? Pomyślcie o tym...
sobota, 7 kwietnia 2012
Wielkanoc
Dla jednych święto wielkie że przy nim mur chiński to krawężnik, dla innych dzień jak codzień. Do której grupy ja się zaliczam - wyczytacie ;] W każdym razie - co właściwie świętujemy? To, że Jezus zmarł i po trzech dniach wstał z grobu? Złośliwi stwierdzą, że nawet umrzeć nie potrafił, albo, że tak się zćpał na ostatniej wieczerzy, że zapomniał, że umarł. Ale są tacy którzy wierzą, że to najprawdziwszy cud, mimo, że przy tym nie byli, bo być nie mogli. Wierzą, że rzeczywiście Bóg był człowiekiem (albo odwrotnie ;]). Ale czym właściwie jest wiara? Religią? Religi jest od groma i jeszcze trochę i każda twierdzi, że jest tą prawdziwą. Tak więc jest w cholerę prawd wykluczających się wzajemnie. A co za tym idzie - żadna z religii nie jest tą prawdziwą, a przynajmniej wg mnie.
piątek, 6 kwietnia 2012
Oto jestem
Założyłem bloga i normalnie hura i alleluja. To ostatnie najbardziej się przyda patrząc na zbliżającą się Wielkanoc, wszak mamy już Wielki Piątek. A co za tym idzie, niektórzy szczególnie poszczą. Ale nie ja ;] Dlaczego - kiedyś mooże powiem. Ale myślę, że wcześniej sami się domyślicie,
Dobra, to zacznijmy od tego - Po co w ogóle założyłem bloga? Mam powody, a tytuł nie jest głównym z nich ;] Co będę tu opisywał? Sami zobaczycie ;] Tak więc - Do później
Dobra, to zacznijmy od tego - Po co w ogóle założyłem bloga? Mam powody, a tytuł nie jest głównym z nich ;] Co będę tu opisywał? Sami zobaczycie ;] Tak więc - Do później
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)