piątek, 16 listopada 2012

Gdy rzeka płynie, przynosi coraz to inne kamienie...

Trudno nie zauważyć, że tytuł, to metafora, prawda? Ale przesłanie jej jest całkiem prawdziwe. Przypadkowo cofnąłem się w czasie o jakieś półtorej roku. Po prostu zajrzałem na strony, których dawno nie odwiedzałem, a kiedyś tam publikowałem. Również niektóre przemyślenia. I wiecie co? Były wtedy bardziej zastanawiające, niż obecne. Między innymi rozważałem nad rolą śmierci. Co ciekawe - rzeczywiście odgrywa ważną funkcję, choć jej nie chcemy. Ale czy na pewno?

Przypuśćmy, że nie ma śmierci. Niemożliwym jest umrzeć. Niby fajnie, umieranie przyjemne nie jest. Ale...

Po pierwsze - co byśmy wtedy robili? Mielibyśmy czas dosłownie na wszystko, więc nie musielibyśmy się z niczym spieszyć. Nie liczylibyśmy czasu, bo i po co? Wszystko odkładalibyśmy na jutro, w efekcie nie robilibyśmy nic.

Po drugie - czas nadal by płynął, my byśmy się starzeli, ale skoro nie możemy umrzeć - to po tych stu kilku latach nie bylibyśmy w stanie zrobić czegokolwiek, poza zwyczajną wegetacją. To dopiero męka, prawda? Leżeć i nie móc nic zrobić. Nawet się ruszyć, bo organizm jest zbyt słaby. Ktoś powie, że właśnie neguję punkt pierwszy - spieszylibyśmy się póki mamy siły. Ale czy teraz się z czymkolwiek spieszymy nie wiedząc, czy ujrzymy następny zachód słońca? W dzień zdążymy umrzeć :)

Po trzecie - bardzo szybko zabrakłoby dla nas miejsca. Zakładając, że każda para miałaby "zaledwie" dwójkę dzieci, to zostając dziadkami ziemia byłaby zaludniona już ośmiokrotnie więcej. A i nasze wnuki tworzyłyby pokolenie po sobie. Ziemia zaś nadal byłaby takich samych rozmiarów.

Po czwarte - Nie byłoby wielu religii. Może i żadnej, gdyż wszystkie, o których wiem opierają się na życiu po śmierci. A skoro nie możemy umrzeć - nie ma też i życia pośmiertnego.

Ale miałoby to też swoje plusy:

Nie ma niebezpieczeństwa. Moglibyśmy dać się zmielić przez kombajn - i nadal żyjemy. Tak samo nie byłoby granic względem wód - nie utopimy się. Również wojny nie miałyby sensu, bo jak tu wygrać, kiedy strzelając do wroga nie wyrządzamy mu krzywdy?

Nie ma też bólu po stracie najbliższych. A przynajmniej nie tych najbliższych, którzy nas rzeczywiście kochają. Ból po odejściu bliskiej osoby gdzieś w pioruny nadal by istniał.



Jak widzicie, świadomość śmierci paradoksalnie jest nam potrzebna do życia. Tak więc cieszmy się, póki je mamy i korzystajmy z niego ile się da. Drugiego może już nie być.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz