To wręcz zadziwiające. Miejsce, w którym jesteśmy jest zupełnie przypadkowe. Każdy z nas jest przekonany, że nasza praca, dom, dziewczyna, cokolwiek, co mamy jest tylko pozornie naszym wyborem. W rzeczywistości, każde z nas jest sumą mniej, lub bardziej zależnych od nas decyzji. Dostałeś pracę, bo zrządzenie losu sprawiło, że dowiedziałeś się o ofercie w momencie, kiedy to twoje CV było najlepsze z podesłanych. Kupiłeś dom, czy samochód tylko dlatego, że byłeś pierwszym, który chciał i mógł nabyć w danym momencie. Dziewczynę poznałeś, ponieważ poszliście akurat w to samo miejsce.
A może nie?
Co, jeśli to były wyłącznie twoje decyzje? Przecież sam szukałeś pracy w branży, domu w okolicy, a i sam postanowiłeś pójść w konkretne miejsce?
A jeśli nie?
Być może wszystkie te zdarzenia były nieuniknione? Splot wcześniejszych wydarzeń implikuje teraźniejsze, a te z kolei spowodują jedyne logiczne późniejsze?
A gdyby nie?
Istnieje możliwość, że wszystkie wymienione rzeczy sprowadziły cię do stanu obecnego? Przypadkiem znalazłeś pracę, podjąłeś decyzję, aby kupić dom w pobliżu, nieuniknionym więc było, by spotkać dziewczynę w tamtym miejscu?
A co, jeżeli nie?
Wymysły umysłu
piątek, 29 marca 2019
wtorek, 1 marca 2016
Przypadki drogowe - czesc pierwsza (z jednej)
Stalo się to, czego się podświadomie spodziewałem.
Musiałem wyjechać. I to jak najszybciej.
Ale po drodze parę punktów do odhaczenia. Skoro wyjeżdżam, to trzeba mieć czym. A wiec szukamy jeżdżącego auta na już.
Znajdzka nr 1 - Ford, wszystko fajnie przez telefon, ale najpewniej się sprzedał, zanim moglem obejrzeć. Zdarza się.
Znajdzka nr 2 - Honda. Trochę rzeczy do zrobienia na już, ale za ta cenę to i tak jest nieźle. Tyle, ze sprzedający nie odebrał.
Znajdzka nr 3 - BMW. Miodowo, jedyne co, to PB do naprawy, ale LPG śmiga jak ruski wentylator. Czemu nie wziąłem? Po konsultacji z kumplem doszliśmy do wniosku, ze na cholerę mi bawara?
Znajdzka nr 4 - Opelek. Wszystko, co może być w prądzie - jest w prądzie. Wziąłem.
No to jak jest czym jechać, to wrzucić graty, pożegnać się i w długą.
Czyli jazda nie w ta stronę, co potrzeba. Pierwsze pożegnanie - 300 km od mojego ówczesnego miasta.
Zonk - Akurat spadł śnieg. A opelek z napędem na tył. Ale ABSy robią robotę, nie pędzimy jakoś strasznie, dokulamy się.
Takiego. Dokładnie w połowie drogi padły hamulce. Co wiec moglem zrobić? Wpaść na autostradę prawie bez hamulców. Dojechałem, przymusowy postój na mechanika. Pożegnałem się (po kilku dniach) i hajda na północ. Tylko 80 km. Za krotko dla auta, bez niespodzianek. Pożegnałem się, jedziemy do celu. 1300 km.
Godzina: 00.00
Komputer pokładowy: -7 C
Przednia szyba zaszroniona od środka. Zapowiada się ciekawie.
Kilometr dalej tankuje LPG po korek. Ogrzewanie jeszcze nie załączyło.
20 kilometrów dalej nadal nie załączyło. Jest wręcz cudnie.
Godzina 02.00
Komputer pokładowy: -8 C
Jestem gdzieś pod łodzią. A raczej mam taka nadzieje, bo znaków na łódź nie ma. Po złapaniu wi-fi i mapy okazuje się, ze pojechałem 10 km nie tam, gdzie trzeba.
Godzina 05.30
Komputer pokładowy: -6 C
Ledwo stoję z zimna, ale kawa robi robotę. Po 15 minutach tankuje LPG po korek. A potem PB. Nie po korek, ale ilość "wystarczającą"
Godzina 10.20
Komputer pokładowy: 2 C
Telefon. Z okazji braków na karcie zdążyłem podać lokalizacje, potem rozłączyło.
Godzina 11.20
Komputer pokładowy: 4 C
Wyjeżdżam z miasta. Kto by pomyślał, ze tak trudno kupić tu kartę sim?
Godzina 17.00
Komputer pokładowy: -2 C
Koniec LPG. Z okazji niedzieli, nie miałem gdzie wymienić waluty. Jedziemy na PB.
Godzina 18.00
Komputer pokładowy: -6 C
Znalazłem jedyny czynny dzisiaj kantor. Teraz tylko znaleźć stacje z gazem i nie ma się czym martwic. A i znaleźć stad wyjazd, bo nkt nic nie wie, znaki nie wiedza. Objechałem miasto kilka razy, nadrabiając ze 150 km. Jedyna stacja LPG - automatyczna, bez karty bankomatowej nie zatankujesz. Pięknie. Jedyny plus, to pokierowali mnie w końcu jak trzeba.
Godzina 18.40
Komputer pokładowy: -7 C
Kilometromierz twierdzi, ze ostatnie 40 km przejechałem na powietrzu. Albo silnik nie wie, jak się wyłączyć z braku paliwa. Biorąc pod uwagę fakt, ze jestem na autostradzie, niech nie nabywa tej wiedzy.
Ale jest akurat z góry, widzę jakieś większe miasto, zaraz potem znaki o zjeździe - gdzieś tu będzie stacja. Zjeżdżam i faktycznie jest - cale 100 metrów przede mną. Sprzęgło, dwójeczka - zonk, akurat sobie przypomniał, jak to jest zdechnąć z braku paliwa. A do stacji pod gore - wystarczająco ostra, żebym te półtorej tony tylko utrzymał, ale nie popchnął. Mam jednak farta - dwóch przechodniów się zainteresowało, pomogli, wtoczyłem się na stacje, akurat ta marka bez gazu. To za całość leje PB. Place, odpalam, wyjeżdżam... a tam 8 stanowisk pod LPG. Nosz... Ale nic, mówi się trudno, jedzie się dalej.
Godzina 00.00
Komputer pokładowy: -9 C
Kilometromierz znowu mnie kantuje na paliwie, bo ponoć nie ma, a jadę. A raczej dojechałem do celu. Zmarznięty jak nos pingwina, ale dumny. W końcu dojechałem, poradziłem sobie ze wszystkim.
Yup, to było fajne. Ale nie chce tego powtarzać ;)
Musiałem wyjechać. I to jak najszybciej.
Ale po drodze parę punktów do odhaczenia. Skoro wyjeżdżam, to trzeba mieć czym. A wiec szukamy jeżdżącego auta na już.
Znajdzka nr 1 - Ford, wszystko fajnie przez telefon, ale najpewniej się sprzedał, zanim moglem obejrzeć. Zdarza się.
Znajdzka nr 2 - Honda. Trochę rzeczy do zrobienia na już, ale za ta cenę to i tak jest nieźle. Tyle, ze sprzedający nie odebrał.
Znajdzka nr 3 - BMW. Miodowo, jedyne co, to PB do naprawy, ale LPG śmiga jak ruski wentylator. Czemu nie wziąłem? Po konsultacji z kumplem doszliśmy do wniosku, ze na cholerę mi bawara?
Znajdzka nr 4 - Opelek. Wszystko, co może być w prądzie - jest w prądzie. Wziąłem.
No to jak jest czym jechać, to wrzucić graty, pożegnać się i w długą.
Czyli jazda nie w ta stronę, co potrzeba. Pierwsze pożegnanie - 300 km od mojego ówczesnego miasta.
Zonk - Akurat spadł śnieg. A opelek z napędem na tył. Ale ABSy robią robotę, nie pędzimy jakoś strasznie, dokulamy się.
Takiego. Dokładnie w połowie drogi padły hamulce. Co wiec moglem zrobić? Wpaść na autostradę prawie bez hamulców. Dojechałem, przymusowy postój na mechanika. Pożegnałem się (po kilku dniach) i hajda na północ. Tylko 80 km. Za krotko dla auta, bez niespodzianek. Pożegnałem się, jedziemy do celu. 1300 km.
Godzina: 00.00
Komputer pokładowy: -7 C
Przednia szyba zaszroniona od środka. Zapowiada się ciekawie.
Kilometr dalej tankuje LPG po korek. Ogrzewanie jeszcze nie załączyło.
20 kilometrów dalej nadal nie załączyło. Jest wręcz cudnie.
Godzina 02.00
Komputer pokładowy: -8 C
Jestem gdzieś pod łodzią. A raczej mam taka nadzieje, bo znaków na łódź nie ma. Po złapaniu wi-fi i mapy okazuje się, ze pojechałem 10 km nie tam, gdzie trzeba.
Godzina 05.30
Komputer pokładowy: -6 C
Ledwo stoję z zimna, ale kawa robi robotę. Po 15 minutach tankuje LPG po korek. A potem PB. Nie po korek, ale ilość "wystarczającą"
Godzina 10.20
Komputer pokładowy: 2 C
Telefon. Z okazji braków na karcie zdążyłem podać lokalizacje, potem rozłączyło.
Godzina 11.20
Komputer pokładowy: 4 C
Wyjeżdżam z miasta. Kto by pomyślał, ze tak trudno kupić tu kartę sim?
Godzina 17.00
Komputer pokładowy: -2 C
Koniec LPG. Z okazji niedzieli, nie miałem gdzie wymienić waluty. Jedziemy na PB.
Godzina 18.00
Komputer pokładowy: -6 C
Znalazłem jedyny czynny dzisiaj kantor. Teraz tylko znaleźć stacje z gazem i nie ma się czym martwic. A i znaleźć stad wyjazd, bo nkt nic nie wie, znaki nie wiedza. Objechałem miasto kilka razy, nadrabiając ze 150 km. Jedyna stacja LPG - automatyczna, bez karty bankomatowej nie zatankujesz. Pięknie. Jedyny plus, to pokierowali mnie w końcu jak trzeba.
Godzina 18.40
Komputer pokładowy: -7 C
Kilometromierz twierdzi, ze ostatnie 40 km przejechałem na powietrzu. Albo silnik nie wie, jak się wyłączyć z braku paliwa. Biorąc pod uwagę fakt, ze jestem na autostradzie, niech nie nabywa tej wiedzy.
Ale jest akurat z góry, widzę jakieś większe miasto, zaraz potem znaki o zjeździe - gdzieś tu będzie stacja. Zjeżdżam i faktycznie jest - cale 100 metrów przede mną. Sprzęgło, dwójeczka - zonk, akurat sobie przypomniał, jak to jest zdechnąć z braku paliwa. A do stacji pod gore - wystarczająco ostra, żebym te półtorej tony tylko utrzymał, ale nie popchnął. Mam jednak farta - dwóch przechodniów się zainteresowało, pomogli, wtoczyłem się na stacje, akurat ta marka bez gazu. To za całość leje PB. Place, odpalam, wyjeżdżam... a tam 8 stanowisk pod LPG. Nosz... Ale nic, mówi się trudno, jedzie się dalej.
Godzina 00.00
Komputer pokładowy: -9 C
Kilometromierz znowu mnie kantuje na paliwie, bo ponoć nie ma, a jadę. A raczej dojechałem do celu. Zmarznięty jak nos pingwina, ale dumny. W końcu dojechałem, poradziłem sobie ze wszystkim.
Yup, to było fajne. Ale nie chce tego powtarzać ;)
wtorek, 1 grudnia 2015
Zmiany na stare
Minął niemal rok, odkąd tu byłem. Jestem w tym samym miejscu, co kilka lat temu. Znów to miasto, znów ta praca, znów problemy. Tym razem jestem bogatszy o doświadczenie, powinienem wiele rzeczy postrzegać inaczej, niż wtedy.
I postrzegam. Pytanie, czy znów mylnie
Wiele się zmieniło w ludziach, we mnie, i w ogóle. I trzeba za tym nadążać. Ale ja jestem dziwny. Chłodna analiza do wszystkiego mi wystarcza. Jest zdarzenie, trzeba rozważyć możliwości, co dalej.
Problem zaczyna się w miejscu, gdzie nie ma kompromisu. A to może mnie czekać.
I postrzegam. Pytanie, czy znów mylnie
Wiele się zmieniło w ludziach, we mnie, i w ogóle. I trzeba za tym nadążać. Ale ja jestem dziwny. Chłodna analiza do wszystkiego mi wystarcza. Jest zdarzenie, trzeba rozważyć możliwości, co dalej.
Problem zaczyna się w miejscu, gdzie nie ma kompromisu. A to może mnie czekać.
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Bestionariusz
Bestia. Pies. Czterołape, ogoniaste, wydające z siebie "woof woof".
A zajefajne jak cholera.
Mimo, że stosunkowo krótko z nim mieszkałem, stało się coś dziwnego. I dopiero dzisiaj to do mnie dotarło.
Więź.
Więź na linii pies-człowiek. Taka, jak nigdy przedtem.
I to nie dlatego, że był usłuchany. Przeciwnie - robił, co chciał. W sumie dalej tak ma. I to chyba właśnie ten charakter mnie tak urzekł. Taki człowiek z dobrymi i złymi cechami w psim ciele.
Pies, jak niby każdy inny. Niby. Robił, co chciałeś tylko wtedy, kiedy widział, że będzie warto. Ale czy my nie mamy podobnie?
Kto by pomyślał, że więcej w nim człowieka, niż psa?
Jedno jest pewne - jak będzie trzeba, to rzucam wszystko i jadę. Bezapelacyjnie. I nie rzucam tych słów na wiatr.
A zajefajne jak cholera.
Mimo, że stosunkowo krótko z nim mieszkałem, stało się coś dziwnego. I dopiero dzisiaj to do mnie dotarło.
Więź.
Więź na linii pies-człowiek. Taka, jak nigdy przedtem.
I to nie dlatego, że był usłuchany. Przeciwnie - robił, co chciał. W sumie dalej tak ma. I to chyba właśnie ten charakter mnie tak urzekł. Taki człowiek z dobrymi i złymi cechami w psim ciele.
Pies, jak niby każdy inny. Niby. Robił, co chciałeś tylko wtedy, kiedy widział, że będzie warto. Ale czy my nie mamy podobnie?
Kto by pomyślał, że więcej w nim człowieka, niż psa?
Jedno jest pewne - jak będzie trzeba, to rzucam wszystko i jadę. Bezapelacyjnie. I nie rzucam tych słów na wiatr.
sobota, 11 października 2014
O Absurdzie słów kilka
Kto by pomyślał, że tak się to wszystko potoczy? Dwa miesiące temu Nawet nie sądziłem, ze tak się stanie. Ale jednak. Zakochałem się. Zmieniłem się. Staram się nie palić. Nie daję sobie aż tak w kaszę dmuchać. Aż dziwne, że spowodował to pewien Absurd. Ale jednak. Absurd całkowicie mną zawładnął, choć do dziś nie zdawałem sobie z tego sprawy w takim stopniu, jak teraz. I wiecie co? Jestem szczęśliwy myśląc o tym konkretnym Absurdzie. Mam ochotę wstać, otworzyć okno i wrzeszczeć jak tylko mogę, co myślę o Absurdzie.
I coś całkowicie Absurdalnego na koniec
I coś całkowicie Absurdalnego na koniec
Moc serdeczności!
poniedziałek, 30 czerwca 2014
4:30
Za oknem jasno, a ja jeszcze nie śpię, choć mógłbym. Ale nie - dziś zaatakowały mnie myśli - różne, pozornie ze sobą niepowiązane.
Zaczęło się od.. polityki. Ale nie o aferach taśmowych, czy innym czymś. Myślałem o sobie jak o przywódcy. Tym wybranym. I o tym, co bym zrobił. A zrobiłbym... dużo. Zwłaszcza, że już mam kilka niezłych pomysłów.
1. Likwidacja przetargów. Wiadomo, że najtańsze idzie bardzo po kosztach i oszczędza się na czym się da. Spójrzmy choćby na polską sieć autostrad. Ot ze trzy paski więcej na mapie. A czemu? Jak nauczyło nas EURO - niedobrze, kiedy kolejne ekipy budowlane się zwijają. I jest, jak jest.
2. Likwidacja rządowych limuzyn. Chce prezydent/premier/inny pępek wozić wygodnie dupsko? To niech sobie kupi za własne. Bardzo wątpię, że takiego nie stać. A z okazji państwowości ZUSu - ich też by to obowiązywało. A skoro wyprzedajemy motoryzację, zysk w pierwszej kolejności idzie na drogi.
3. Likwidacja fotoradarów. W ogóle płacenie mandatów jest bardzo niesprawiedliwe. Kogoś, kto zarabia najniższą krajową serio zaboli 100 zł w mandacie bardziej, niż 1000 zł w kilku mandatach tego, co ma dobrą firmę.
4. Skoro już o "strażnikach prędkości" - Tu proponuję coś za coś. Za złamanie ograniczenia prędkości nie byłoby mandatu, ale ubezpieczalnia umywa rączki, kiedy zdarzy się wypadek przy przekroczonej prędkości przez sprawcę. Tenże musi bulić z własnej kieszeni, albo...
5. Prace społeczne dla więźniów. W tym sprawców wypadków jw. Póki co, więźniowie tylko siedzą i czekają. Zwłaszcza recydywiści, ich już odsiadka nie zmieni. Czemu by więc nie próbować ich uspołecznić? Pokazać, że uczciwa praca daje efekty? Masz profity w związku z "wyrobionymi godzinami" i zyskujesz szacunek do pracy.
6. Likwidacja sejmu i senatu. Szczerze mówiąc - nie wiem, co tam się właściwie dzieje. Do czego oni tam są potrzebni? Do ustalania ustał, uchwalania uchwał i grzania siedzeń? Toż to zbędne.
7. A zbędne dlatego, że ustawy i uchwały poszłyby pod publiczne głosowanie. Ludzie się zgadzają - przechodzi. Nie zgadzają - odpada. Wtedy faktycznie byłaby demokracja. To, co dziś nam serwują pod tą nazwą nijak się ma do założeń. Rządy obywateli są tylko przy wyborze pępka, który będzie miał nas gdzieś.
8. Obowiązkowa służba wojskowa dla mężczyzn z kategorią A i B, oraz ochotników z E. W razie wojny każda umiejąca strzelać para rąk się przyda. A w czasie pokoju nauczy się taki chłopek musztry, dyscypliny i względnej normalności. Jakoś wcześniej nie było emo, parad równości czy ruchów feministycznych.
9. Każdy po służbie wojskowej, który przeszedł testy strzeleckie, oraz będąc niekaranym może legalnie kupić broń i ostrą amunicję. Czemu? Bo każdy ma prawo bronić swojego życia. Ktoś, kto chce użyć broni i tak ją sobie załatwi. Najwyżej odsiedzi kilka lat więcej za posiadanie. A szary obywatel to co, pies? Nawet psy się bronią.
10. Zniesienie pojęcia "przekroczenie obrony koniecznej". To też do tego wyżej. Bo i na co ci broń, której nie możesz użyć, z okazji napadu przez nożownika? Żeby nie złamać prawa musisz dać się pokroić. Nie dasz się? Idziesz siedzieć. Tu trzeba by dopieścić regulacje, np ktoś obcy, którego zamiarów nie znasz włazi ci na posesję, grzebie przy stacyjce mimo braku kluczyków, czy rusza na ciebie z bojowym okrzykiem. Bo też nie chodzi o to, żeby się powystrzelać.
11. Brak zgody na abstrakcyjne regulacje unijne. I to w niewybrednych słowach. Bo i po co owijać w bawełnę? Chcą nam coś zamknąć "bo nowy wymóg" - a to niech spierdalają. Kto wymyślił ten wymóg i po co? I jak on się ma do polskiej rzeczywistości?
12. Likwidacja wszystkich typów umów śmieciowych, wiążąca byłaby tylko umowa o pracę. Skoro gdzieś pracujemy, to pracujemy. Po prostu. Ktoś wykonuje polecenie, za które jego twórca płaci. I tyle wystarczy.
13. Zrównanie wszystkich podatków do 10%. Nie dość, że to ruszy gospodarkę (bo ludzi będzie stać na więcej, a gdzie popyt, tam znajdzie się podaż), to więcej ludzi będzie je płaciło - na taki będzie stać. Wbrew pozorom obniżenie podatku przyniesie więcej wpływu do skarbu państwa.
Póki co, to tyle.
Zaczęło się od.. polityki. Ale nie o aferach taśmowych, czy innym czymś. Myślałem o sobie jak o przywódcy. Tym wybranym. I o tym, co bym zrobił. A zrobiłbym... dużo. Zwłaszcza, że już mam kilka niezłych pomysłów.
1. Likwidacja przetargów. Wiadomo, że najtańsze idzie bardzo po kosztach i oszczędza się na czym się da. Spójrzmy choćby na polską sieć autostrad. Ot ze trzy paski więcej na mapie. A czemu? Jak nauczyło nas EURO - niedobrze, kiedy kolejne ekipy budowlane się zwijają. I jest, jak jest.
2. Likwidacja rządowych limuzyn. Chce prezydent/premier/inny pępek wozić wygodnie dupsko? To niech sobie kupi za własne. Bardzo wątpię, że takiego nie stać. A z okazji państwowości ZUSu - ich też by to obowiązywało. A skoro wyprzedajemy motoryzację, zysk w pierwszej kolejności idzie na drogi.
3. Likwidacja fotoradarów. W ogóle płacenie mandatów jest bardzo niesprawiedliwe. Kogoś, kto zarabia najniższą krajową serio zaboli 100 zł w mandacie bardziej, niż 1000 zł w kilku mandatach tego, co ma dobrą firmę.
4. Skoro już o "strażnikach prędkości" - Tu proponuję coś za coś. Za złamanie ograniczenia prędkości nie byłoby mandatu, ale ubezpieczalnia umywa rączki, kiedy zdarzy się wypadek przy przekroczonej prędkości przez sprawcę. Tenże musi bulić z własnej kieszeni, albo...
5. Prace społeczne dla więźniów. W tym sprawców wypadków jw. Póki co, więźniowie tylko siedzą i czekają. Zwłaszcza recydywiści, ich już odsiadka nie zmieni. Czemu by więc nie próbować ich uspołecznić? Pokazać, że uczciwa praca daje efekty? Masz profity w związku z "wyrobionymi godzinami" i zyskujesz szacunek do pracy.
6. Likwidacja sejmu i senatu. Szczerze mówiąc - nie wiem, co tam się właściwie dzieje. Do czego oni tam są potrzebni? Do ustalania ustał, uchwalania uchwał i grzania siedzeń? Toż to zbędne.
7. A zbędne dlatego, że ustawy i uchwały poszłyby pod publiczne głosowanie. Ludzie się zgadzają - przechodzi. Nie zgadzają - odpada. Wtedy faktycznie byłaby demokracja. To, co dziś nam serwują pod tą nazwą nijak się ma do założeń. Rządy obywateli są tylko przy wyborze pępka, który będzie miał nas gdzieś.
8. Obowiązkowa służba wojskowa dla mężczyzn z kategorią A i B, oraz ochotników z E. W razie wojny każda umiejąca strzelać para rąk się przyda. A w czasie pokoju nauczy się taki chłopek musztry, dyscypliny i względnej normalności. Jakoś wcześniej nie było emo, parad równości czy ruchów feministycznych.
9. Każdy po służbie wojskowej, który przeszedł testy strzeleckie, oraz będąc niekaranym może legalnie kupić broń i ostrą amunicję. Czemu? Bo każdy ma prawo bronić swojego życia. Ktoś, kto chce użyć broni i tak ją sobie załatwi. Najwyżej odsiedzi kilka lat więcej za posiadanie. A szary obywatel to co, pies? Nawet psy się bronią.
10. Zniesienie pojęcia "przekroczenie obrony koniecznej". To też do tego wyżej. Bo i na co ci broń, której nie możesz użyć, z okazji napadu przez nożownika? Żeby nie złamać prawa musisz dać się pokroić. Nie dasz się? Idziesz siedzieć. Tu trzeba by dopieścić regulacje, np ktoś obcy, którego zamiarów nie znasz włazi ci na posesję, grzebie przy stacyjce mimo braku kluczyków, czy rusza na ciebie z bojowym okrzykiem. Bo też nie chodzi o to, żeby się powystrzelać.
11. Brak zgody na abstrakcyjne regulacje unijne. I to w niewybrednych słowach. Bo i po co owijać w bawełnę? Chcą nam coś zamknąć "bo nowy wymóg" - a to niech spierdalają. Kto wymyślił ten wymóg i po co? I jak on się ma do polskiej rzeczywistości?
12. Likwidacja wszystkich typów umów śmieciowych, wiążąca byłaby tylko umowa o pracę. Skoro gdzieś pracujemy, to pracujemy. Po prostu. Ktoś wykonuje polecenie, za które jego twórca płaci. I tyle wystarczy.
13. Zrównanie wszystkich podatków do 10%. Nie dość, że to ruszy gospodarkę (bo ludzi będzie stać na więcej, a gdzie popyt, tam znajdzie się podaż), to więcej ludzi będzie je płaciło - na taki będzie stać. Wbrew pozorom obniżenie podatku przyniesie więcej wpływu do skarbu państwa.
Póki co, to tyle.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Nowe klocki, stare budowy
Ostatnim czasem działo się sporo, mikser, sam nie wiem do końca, co i jak - ale stało się. Zacząłem inne życie, mając jednak w pamięci dawne. Rany bolą. Zwłaszcza zadane znienacka przez kogoś, komu się ufa. Ale też rany mają to do siebie, że się bliźnią. A każda blizna opowiada historię - skąd się wzięła. Nie jest to łatwe, ale co zrobić? Trzeba się wziąć i iść dalej.
Każda blizna rodzi też pytania - dlaczego? Co przeoczyłem? Czy to ja się do tego przyczyniłem, czy też nie? I inne takie. Zacząłem się zastanawiać nad tym, kim jestem, jaki jestem...
I wiecie co?
Nie mam pojęcia.
Pomimo, że byłem praktycznie idealny - mam bliznę. Mimo wszystko jednak nie widzę w swoim zachowaniu żadnych uchybień. Ale jednak jest blizna.
Każda blizna rodzi też pytania - dlaczego? Co przeoczyłem? Czy to ja się do tego przyczyniłem, czy też nie? I inne takie. Zacząłem się zastanawiać nad tym, kim jestem, jaki jestem...
I wiecie co?
Nie mam pojęcia.
Pomimo, że byłem praktycznie idealny - mam bliznę. Mimo wszystko jednak nie widzę w swoim zachowaniu żadnych uchybień. Ale jednak jest blizna.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)