wtorek, 1 marca 2016

Przypadki drogowe - czesc pierwsza (z jednej)

Stalo się to, czego się podświadomie spodziewałem.

Musiałem wyjechać. I to jak najszybciej.

Ale po drodze parę punktów do odhaczenia. Skoro wyjeżdżam, to trzeba mieć czym. A wiec szukamy jeżdżącego auta na już.

Znajdzka nr 1 - Ford, wszystko fajnie przez telefon, ale najpewniej się sprzedał, zanim moglem obejrzeć. Zdarza się.

Znajdzka nr 2 - Honda. Trochę rzeczy do zrobienia na już, ale za ta cenę to i tak jest nieźle. Tyle, ze sprzedający nie odebrał.

Znajdzka nr 3 - BMW. Miodowo, jedyne co, to PB do naprawy, ale LPG śmiga jak ruski wentylator. Czemu nie wziąłem? Po konsultacji z kumplem doszliśmy do wniosku, ze na cholerę mi bawara?

Znajdzka nr 4 - Opelek. Wszystko, co może być w prądzie - jest w prądzie. Wziąłem.

No to jak jest czym jechać, to wrzucić graty, pożegnać się i w długą.

Czyli jazda nie w ta stronę, co potrzeba. Pierwsze pożegnanie - 300 km od mojego ówczesnego miasta.

Zonk - Akurat spadł śnieg. A opelek z napędem na tył. Ale ABSy robią robotę, nie pędzimy jakoś strasznie, dokulamy się.

Takiego. Dokładnie w połowie drogi padły hamulce. Co wiec moglem zrobić? Wpaść na autostradę prawie bez hamulców. Dojechałem, przymusowy postój na mechanika. Pożegnałem się (po kilku dniach) i hajda na północ. Tylko 80 km. Za krotko dla auta, bez niespodzianek. Pożegnałem się, jedziemy do celu. 1300 km.

Godzina: 00.00
Komputer pokładowy: -7 C
Przednia szyba zaszroniona od środka. Zapowiada się ciekawie.
Kilometr dalej tankuje LPG po korek. Ogrzewanie jeszcze nie załączyło.
20 kilometrów dalej nadal nie załączyło. Jest wręcz cudnie.

Godzina 02.00
Komputer pokładowy: -8 C
Jestem gdzieś pod łodzią. A raczej mam taka nadzieje, bo znaków na łódź nie ma. Po złapaniu wi-fi i mapy okazuje się, ze pojechałem 10 km nie tam, gdzie trzeba.

Godzina 05.30
Komputer pokładowy: -6 C
Ledwo stoję z zimna, ale kawa robi robotę. Po 15 minutach tankuje LPG po korek. A potem PB. Nie po korek, ale ilość "wystarczającą"

Godzina 10.20
Komputer pokładowy: 2 C
Telefon. Z okazji braków na karcie zdążyłem podać lokalizacje, potem rozłączyło.

Godzina 11.20
Komputer pokładowy: 4 C
Wyjeżdżam z miasta. Kto by pomyślał, ze tak trudno kupić tu kartę sim?

Godzina 17.00
Komputer pokładowy: -2 C
Koniec LPG. Z okazji niedzieli, nie miałem gdzie wymienić waluty. Jedziemy na PB.

Godzina 18.00
Komputer pokładowy: -6 C
Znalazłem jedyny czynny dzisiaj kantor. Teraz tylko znaleźć stacje z gazem i nie ma się czym martwic. A i znaleźć stad wyjazd, bo nkt nic nie wie, znaki nie wiedza. Objechałem miasto kilka razy, nadrabiając ze 150 km. Jedyna stacja LPG - automatyczna, bez karty bankomatowej nie zatankujesz. Pięknie. Jedyny plus, to pokierowali mnie w końcu jak trzeba.

Godzina 18.40
Komputer pokładowy: -7 C
Kilometromierz twierdzi, ze ostatnie 40 km przejechałem na powietrzu. Albo silnik nie wie, jak się wyłączyć z braku paliwa. Biorąc pod uwagę fakt, ze jestem na autostradzie, niech nie nabywa tej wiedzy.
Ale jest akurat z góry, widzę jakieś większe miasto, zaraz potem znaki o zjeździe - gdzieś tu będzie stacja. Zjeżdżam i faktycznie jest - cale 100 metrów przede mną. Sprzęgło, dwójeczka - zonk, akurat sobie przypomniał, jak to jest zdechnąć z braku paliwa. A do stacji pod gore - wystarczająco ostra, żebym te półtorej tony tylko utrzymał, ale nie popchnął. Mam jednak farta - dwóch przechodniów się zainteresowało, pomogli, wtoczyłem się na stacje, akurat ta marka bez gazu. To za całość leje PB. Place, odpalam, wyjeżdżam... a tam 8 stanowisk pod LPG. Nosz... Ale nic, mówi się trudno, jedzie się dalej.

Godzina 00.00
Komputer pokładowy: -9 C
Kilometromierz znowu mnie kantuje na paliwie, bo ponoć nie ma, a jadę. A raczej dojechałem do celu. Zmarznięty jak nos pingwina, ale dumny. W końcu dojechałem, poradziłem sobie ze wszystkim.

Yup, to było fajne. Ale nie chce tego powtarzać ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz